Każdego wieczoru łapię się na tym jak bardzo chciałbym móc go po prostu przytulić i udawać, że nic się nie stało. To straszne gdy absolutnie wszystko Ci się z kimś kojarzy. A że na kojarzeniu się nie kończy to ilekroć o nim pomyślisz widzisz w głowie jego roześmiany ryjek marząc o tym by znów cieszył się tak na Twój widok.
Ostatnio nawet złapałem chandrę na imprezie, bo lokator mojego kolegi używał takich samych perfum, jak Mitek.
Czuję się, jak gówno. Zjechałem do domu rodzinnego na święta mając nadzieję na chwilę relaksu. Nie udało się. Cały czas o nim myślę. Gorzej, nie mam nawet z kim tak na dobrą sprawę porozmawiać. Większość wolnego czasu spędzam przy laptopie myśląc o tym jak będzie wyglądało moje złe samopoczucie gdy wrócę do siebie.
Nie rozmawiamy od ponad tygodnia. Dzień w dzień biłem się z myślą "no złóż mu te pierdolone życzenia świątecze". Nie zrobiłem tego. Bałem się, że zadzwoni, a ja na pewno nie zrobiłbym dobrego wrażenia rozmawiając w takim stanie, w jakim jestem od dawna.
sobota, 26 grudnia 2015
wtorek, 8 grudnia 2015
No cześć. vol 2
Mitek wciąż nie wyleciał mi z głowy. Zakorzenił się tam na dobre. Brak kontaktu z nim był gorszy niż walka z uzależnieniem (czyste porównanie, niczego nie pokonałem).
Wciąż chcę wierzyć, że do siebie wrócimy. Że da mi szansę. Że da NAM szansę.
Od mojego ostatniego wpisu na jego temat wydarzyło się wiele rzeczy. Przeze mnie przeszedł co najmniej wulkan emocji, który nie bardzo ma gdzie wybuchnąć. Spotykaliśmy się. Raz koleżeńsko, raz robił mi nadzieję. Nie chcę teraz o tym pisać, po prostu nie mogę zasnąć. I tak nikt tego nie komentuje = nie czyta = nie pyta.
Mieliśmy teraz przerwę, ale po czasie się odezwał. Dzisiaj. Jestem ciekaw co teraz. Czuję napięcie. A może chcę je czuć? Zobaczę. Wierzę. Nie chcę jej, ale mam nadzieję.
Wciąż chcę wierzyć, że do siebie wrócimy. Że da mi szansę. Że da NAM szansę.
Od mojego ostatniego wpisu na jego temat wydarzyło się wiele rzeczy. Przeze mnie przeszedł co najmniej wulkan emocji, który nie bardzo ma gdzie wybuchnąć. Spotykaliśmy się. Raz koleżeńsko, raz robił mi nadzieję. Nie chcę teraz o tym pisać, po prostu nie mogę zasnąć. I tak nikt tego nie komentuje = nie czyta = nie pyta.
Mieliśmy teraz przerwę, ale po czasie się odezwał. Dzisiaj. Jestem ciekaw co teraz. Czuję napięcie. A może chcę je czuć? Zobaczę. Wierzę. Nie chcę jej, ale mam nadzieję.
poniedziałek, 14 września 2015
Zgubiłem aureolę.
Ten blog miał pełnić rolę spowiedzi. Przecież ja nie także zawsze byłem fair w stosunku do innych. Opowiem Wam o Danielu.
Milion lat temu, ale jednak już mieszkając w @*$%&#, pewnego spokojnego wieczoru zacząłem z nim rozmowę. Nie wiedziałem do końca co o nim myśleć, zresztą nie zależało mi na tym. Zaproponował spotkanie, a że akurat nie miałem planów na zasugerowany termin zgodziłem się. Spacerowaliśmy aż znaleźliśmy miejsce na browara. Zaczęliśmy rozmowę. Nie oceniałem go, chyba był sobą, a ja lubię ludzi, którzy lubią samych siebie. Chyba niewielu osobom tak jak jemu można przypisać określenie, które w opisach wielu osób pełni kluczową rolę - zwyczajny chłopak.
Nie był zwyczajny, ale jednak takie wrażenie odnosiłem od samego początku. Właściwie to dobrze się bawiłem na spotkaniu. Było pierwszym po koszu od pana, któremu wcześniej nie przypisałem imienia. Popełnił jednak błąd. Gdy zabieraliśmy się z naszej miejscówki bez ostrzeżenia ani tym bardziej powodu bądź zachęty pocałował mnie. Nie zdążyłem odwzajemnić, a ten już odskoczył lekko się uśmiechając. To był chłodny dzień, pamiętam jak jego gile dotknęły mojej twarzy. Zapytałem czy to było jednorazowe. Stwierdził, iż ma nadzieję, że nie. Okeeej..
Tydzień po tym ponownie się spotkaliśmy. A potem jeszcze kilka razy. Nigdy do niczego nie doszło, ale czuję, że chyba on chciał. Wydaje mi się, że niepotrzebnie robiłem mu nadzieję. A może liczyłem na to, że się zmieni? Przestałem widzieć przyszłość dla tej relacji w momencie, w którym siedząc na moim łóżku z uśmiechem powiedział "Jesteś szczęśliwy". Nie chodzi tu o udowadnianie czegoś. Chyba najbardziej przeszkadzała mi jego swoboda w osądzaniu otaczającego go świata. Po czasie przestałem czuć się dobrze w jego towarzystwie, poczułem płynącą od niego wrogość, zarzuty. Zerwałem kontakt.
A tak poza tym to niedawno się przeprowadziłem i teraz uczę się do ostatniej poprawki. Zegar wskazuje godzinę 3:44 i musiałem znaleźć ujście dla setek myśli, które wcale nie przybliżają mnie do zdania egzaminu. Hejo!
Milion lat temu, ale jednak już mieszkając w @*$%&#, pewnego spokojnego wieczoru zacząłem z nim rozmowę. Nie wiedziałem do końca co o nim myśleć, zresztą nie zależało mi na tym. Zaproponował spotkanie, a że akurat nie miałem planów na zasugerowany termin zgodziłem się. Spacerowaliśmy aż znaleźliśmy miejsce na browara. Zaczęliśmy rozmowę. Nie oceniałem go, chyba był sobą, a ja lubię ludzi, którzy lubią samych siebie. Chyba niewielu osobom tak jak jemu można przypisać określenie, które w opisach wielu osób pełni kluczową rolę - zwyczajny chłopak.
Nie był zwyczajny, ale jednak takie wrażenie odnosiłem od samego początku. Właściwie to dobrze się bawiłem na spotkaniu. Było pierwszym po koszu od pana, któremu wcześniej nie przypisałem imienia. Popełnił jednak błąd. Gdy zabieraliśmy się z naszej miejscówki bez ostrzeżenia ani tym bardziej powodu bądź zachęty pocałował mnie. Nie zdążyłem odwzajemnić, a ten już odskoczył lekko się uśmiechając. To był chłodny dzień, pamiętam jak jego gile dotknęły mojej twarzy. Zapytałem czy to było jednorazowe. Stwierdził, iż ma nadzieję, że nie. Okeeej..
Tydzień po tym ponownie się spotkaliśmy. A potem jeszcze kilka razy. Nigdy do niczego nie doszło, ale czuję, że chyba on chciał. Wydaje mi się, że niepotrzebnie robiłem mu nadzieję. A może liczyłem na to, że się zmieni? Przestałem widzieć przyszłość dla tej relacji w momencie, w którym siedząc na moim łóżku z uśmiechem powiedział "Jesteś szczęśliwy". Nie chodzi tu o udowadnianie czegoś. Chyba najbardziej przeszkadzała mi jego swoboda w osądzaniu otaczającego go świata. Po czasie przestałem czuć się dobrze w jego towarzystwie, poczułem płynącą od niego wrogość, zarzuty. Zerwałem kontakt.
A tak poza tym to niedawno się przeprowadziłem i teraz uczę się do ostatniej poprawki. Zegar wskazuje godzinę 3:44 i musiałem znaleźć ujście dla setek myśli, które wcale nie przybliżają mnie do zdania egzaminu. Hejo!
poniedziałek, 7 września 2015
No cześć.
Znów piszę po czasie. Nietrudno wywnioskować, że powodem mojej nieobecności była nadzieja na to, że właśnie rozwija mi się piękna relacja. O kant dupy rozbić mogę taką nadzieję.
Mitka poznałem jeszcze w czerwcu. Od początku pozytywnie mnie zaskakiwał. W każdym razie po niedługim czasie doszedłem do wniosku, że chwilę po tym jak przestałem szukać księcia ten zapukał do moich drzwi.. na tinderze :o
Nasza relacja była prosta. Spotykamy się, miło spędzamy popołudnia. Na nic się nie nastawiamy.
Plany i założenia rzadko się w moim życiu spełniają i wyszło na to, że po kilku tygodniach spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas, a i jedno wobec drugiego śmiało rościło sobie prawa. Jak w związku.
Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, w którym Mitek nazwał naszą relację związkiem. Zareagowałem bardzo pozytywnie, ale ten kilka godzin później to wycofał tłumacząc się złym samopoczuciem i "dziwnie mi".
Nie daliśmy się. Udało nam się pokonać niezręczny czas, nie mieliśmy problemów z rozmawianiem o uczuciach.
Potem, jak z górki. Było coraz lepiej, aż doczekałem się komunikatu, wedle którego nigdy nie będziemy razem tudzież inne podejście do świata, mijające się cele życiowe i tryliard tego typu durnych wymówek. Szkoda gadać, cała bajka trwała jakieś 3 miechy. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. Dam sobie rękę uciąć, że będzie bolesne. Niestety pewnie tylko dla mnie..
Najgorszy jest fakt, że znam siebie na tyle, by śmiało móc powiedzieć, iż teraz każdego poznanego faceta będę do niego porównywać. Póki nie przejdzie mi "faza" na Mitka nikt nie będzie mu nawet dorastać do pięt. Ja to mam szczęście..
Mitka poznałem jeszcze w czerwcu. Od początku pozytywnie mnie zaskakiwał. W każdym razie po niedługim czasie doszedłem do wniosku, że chwilę po tym jak przestałem szukać księcia ten zapukał do moich drzwi.. na tinderze :o
Nasza relacja była prosta. Spotykamy się, miło spędzamy popołudnia. Na nic się nie nastawiamy.
Plany i założenia rzadko się w moim życiu spełniają i wyszło na to, że po kilku tygodniach spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas, a i jedno wobec drugiego śmiało rościło sobie prawa. Jak w związku.
Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, w którym Mitek nazwał naszą relację związkiem. Zareagowałem bardzo pozytywnie, ale ten kilka godzin później to wycofał tłumacząc się złym samopoczuciem i "dziwnie mi".
Nie daliśmy się. Udało nam się pokonać niezręczny czas, nie mieliśmy problemów z rozmawianiem o uczuciach.
Potem, jak z górki. Było coraz lepiej, aż doczekałem się komunikatu, wedle którego nigdy nie będziemy razem tudzież inne podejście do świata, mijające się cele życiowe i tryliard tego typu durnych wymówek. Szkoda gadać, cała bajka trwała jakieś 3 miechy. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. Dam sobie rękę uciąć, że będzie bolesne. Niestety pewnie tylko dla mnie..
Najgorszy jest fakt, że znam siebie na tyle, by śmiało móc powiedzieć, iż teraz każdego poznanego faceta będę do niego porównywać. Póki nie przejdzie mi "faza" na Mitka nikt nie będzie mu nawet dorastać do pięt. Ja to mam szczęście..
wtorek, 16 czerwca 2015
Gunwo, glizda, sorófka.
Czy wyobrażacie sobie większy stopień hipokryzji niźli czepianie się samego siebie o to, że się nie ma humoru, a zarazem wyciąganie satysfakcji z melancholijnego nastroju? To tak jakbym wypił piwo nie przestając liczyć dni i jeszcze był z tego dumny. Trochę słabo.
W każdym razie ostatnio zacząłem przyglądać się temu jak bardzo zmienne są moje humory. Ciekawe, bowiem z euforii do chandry potrafię przejść w 3 sekundy, a powrót do dobrego samopoczucia może z kolei trwać sekundę, minutę lub miesiąc.
W dużej mierze wpływ na to ma chomikowanie, o którym rozmawiałem z moim kolegą.
Po co trzymam w szafce bilet do kina skoro już go nie wykorzystam? Kojarzy mi się z czasem spędzonym w towarzystwie kogoś, kto choć wtedy był precyzyjnie wyidealizowany dziś jest nazywany przeze mnie "dupkiem".
Albo inny przykład. Kasztan, który dostałem w parku od człowieka, do którego się nie odzywam od bodajże pół roku. Cała masa kasztanów leżała dookoła, ale właśnie ten był TYM kasztanem. Cóż, myśląc o tym wyżej wymienione pamiątki tak samo jak inne zachomikowane wcale nie poprawiające mi humoru przedmioty wylądowały w koszu.
Gorsze są portale społecznościowe. Zdjęcia, przewijające się uśmiechy, kto kiedy był zalogowany.. W wakacje planuję zrobić sobie kilka dni Offline. Musi zadziałać!
W każdym razie ostatnio zacząłem przyglądać się temu jak bardzo zmienne są moje humory. Ciekawe, bowiem z euforii do chandry potrafię przejść w 3 sekundy, a powrót do dobrego samopoczucia może z kolei trwać sekundę, minutę lub miesiąc.
W dużej mierze wpływ na to ma chomikowanie, o którym rozmawiałem z moim kolegą.
Po co trzymam w szafce bilet do kina skoro już go nie wykorzystam? Kojarzy mi się z czasem spędzonym w towarzystwie kogoś, kto choć wtedy był precyzyjnie wyidealizowany dziś jest nazywany przeze mnie "dupkiem".
Albo inny przykład. Kasztan, który dostałem w parku od człowieka, do którego się nie odzywam od bodajże pół roku. Cała masa kasztanów leżała dookoła, ale właśnie ten był TYM kasztanem. Cóż, myśląc o tym wyżej wymienione pamiątki tak samo jak inne zachomikowane wcale nie poprawiające mi humoru przedmioty wylądowały w koszu.
Gorsze są portale społecznościowe. Zdjęcia, przewijające się uśmiechy, kto kiedy był zalogowany.. W wakacje planuję zrobić sobie kilka dni Offline. Musi zadziałać!
Nigdy więcej nie tańcz ze mną
Ania - Nigdy więcej nie tańcz ze mną
Pewnego pięknego dnia... No może nie był taki piękny, ale w każdym razie było słonecznie i wróciłem z uczelni spacerkiem. Rozmawiałem sobie z człowiekiem, którego wcześniej tu wymieniłem i nagle, ot tak przypadkiem dowiedziałem się, że kogoś ma. Normalnie by mnie to nie ruszyło, lepiej - lubię tych ludzi, więc cieszyłbym się wraz z nim, ale w tym jednym przypadku mój względnie dobry humor opadł jak tupolew na smoleńską ziemię. Tego dnia, kilka godzin później wróciłem na portal.
Tak jak to zwykle bywa dostałem sto tysięcy bezsensownych, obrzydliwych bądź powtarzających się wiadomości, których autorzy muszą mieć dobrze wyrobione w klawiaturze przyciski "ctrl", "c" i "v".
Wśród nich znalazłem jedną fajną. Co mi szkodzi odpisać? Jedziem!
Okazało się, że mój rozmówca jest fantastycznym człowiekiem. Z pasją, charakterem, dużym poczuciem humoru, wyglądem zresztą też. Przeszkadzała mi jedna rzecz. On był spoza miasta (kilkadziesiąt km), a takich relacji od momentu wielkiej ucieczki utrzymywać nie chciałem. Stwierdziłem jednak, że znów się blokuję i postanowiłem zaryzykować.
Po wymienieniu zaledwie tryliarda wiadomości wyskoczył z motywem "Ja Cię bardzo chcę zobaczyć". Kombinował, zdobył auto i przyjechał.. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, bo pogawędka, która miała trwać tyle ile czasu potrzeba na spalenie szlugi przedłużyła się do bodajże 7-8 godzin. To znaczy, że znów zepsułem sobie wtedy zegar biologiczny, ale tak się składa, iż kompletnie mi to nie przeszkadzało ;)
Później standardowo rozmawialiśmy przez neta - dużo, często, długo, ambitnie. Kolejnego dnia wybierałem się z ekipą znajomych do klubu i ten znów pozytywnie mnie zaskoczył, bowiem pojawił się tam z dwójką kumpli. Chyba tak trochę dla mnie. Tym bardziej, że znajomi, których zamierzaliśmy sobie przedstawić dziwnym zbiegiem okoliczności zostawili nas. Tak więc przez kolejną noc cieszyłem się jego towarzystwem. Po imprezie odwieźli mnie pod blok i tak skończył się dzień.
Co dalej? Już standard. Będę się streszczać, bo to opisywanie wcale mi nie poprawia humoru. Zastanawiałem się kiedy mogę go odwiedzić w rodzinnym miasteczku, próbowałem z nim o tym porozmawiać. Wyszło na to, że ustalimy gdy wróci ze spotkania biznesowego firmy, w której działalność zamierzał się zaangażować. Pomyślałem "okej, no problem" i rozmawialiśmy dalej.
Po czterech dniach nie odpisywania mi odezwał się, siedział akurat w jednej z Galerii handlowych w moim mieście. Chciał żebym przyjechał, więc jak debil wyleciałem z mieszkania by go zobaczyć. Przez pierwsze 20 minut spotkania (póki miał baterię w laptopie) zaangażowany był tylko i wyłącznie w odpisywanie na fejsie i fellow). Trochę słabo, co nie? W każdym razie mówił tylko o tej firmie, możliwościach i robieniu hajsu. Zamykali galerię, więc zjechaliśmy do mnie na herbatę, a on wciąż o tym nawijał. Chyba nie doceniłem jego zaangażowania w naszą relację, bo stwierdził, że nadawałbym się NAWET na jego partnera biznesowego. Kurwa, tyle wygrać.
Spotkanie, na które umówiliśmy się następnego dnia nie doszło do skutku, a i na żadne kolejne się nie umawialiśmy. Rozmawiałem z nim później i stwierdził, że ja po prostu nie rozumiem, jestem zbyt ograniczony na to, aby zdać sobie sprawę z tego jak ważny jest dla niego ten biznes i jak duże znaczenie ma dla niego ten czas, który przecież na spotkaniu ze mną nie dałby mu nowych partnerów biznesowych. W kolejnych rozmowach twierdził, że cieszy się życiem, bo robi to na co ma ochotę.
Krzyżyk na drogę, powodzenia biznesmenie...
Pewnego pięknego dnia... No może nie był taki piękny, ale w każdym razie było słonecznie i wróciłem z uczelni spacerkiem. Rozmawiałem sobie z człowiekiem, którego wcześniej tu wymieniłem i nagle, ot tak przypadkiem dowiedziałem się, że kogoś ma. Normalnie by mnie to nie ruszyło, lepiej - lubię tych ludzi, więc cieszyłbym się wraz z nim, ale w tym jednym przypadku mój względnie dobry humor opadł jak tupolew na smoleńską ziemię. Tego dnia, kilka godzin później wróciłem na portal.
Tak jak to zwykle bywa dostałem sto tysięcy bezsensownych, obrzydliwych bądź powtarzających się wiadomości, których autorzy muszą mieć dobrze wyrobione w klawiaturze przyciski "ctrl", "c" i "v".
Wśród nich znalazłem jedną fajną. Co mi szkodzi odpisać? Jedziem!
Okazało się, że mój rozmówca jest fantastycznym człowiekiem. Z pasją, charakterem, dużym poczuciem humoru, wyglądem zresztą też. Przeszkadzała mi jedna rzecz. On był spoza miasta (kilkadziesiąt km), a takich relacji od momentu wielkiej ucieczki utrzymywać nie chciałem. Stwierdziłem jednak, że znów się blokuję i postanowiłem zaryzykować.
Po wymienieniu zaledwie tryliarda wiadomości wyskoczył z motywem "Ja Cię bardzo chcę zobaczyć". Kombinował, zdobył auto i przyjechał.. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, bo pogawędka, która miała trwać tyle ile czasu potrzeba na spalenie szlugi przedłużyła się do bodajże 7-8 godzin. To znaczy, że znów zepsułem sobie wtedy zegar biologiczny, ale tak się składa, iż kompletnie mi to nie przeszkadzało ;)
Później standardowo rozmawialiśmy przez neta - dużo, często, długo, ambitnie. Kolejnego dnia wybierałem się z ekipą znajomych do klubu i ten znów pozytywnie mnie zaskoczył, bowiem pojawił się tam z dwójką kumpli. Chyba tak trochę dla mnie. Tym bardziej, że znajomi, których zamierzaliśmy sobie przedstawić dziwnym zbiegiem okoliczności zostawili nas. Tak więc przez kolejną noc cieszyłem się jego towarzystwem. Po imprezie odwieźli mnie pod blok i tak skończył się dzień.
Co dalej? Już standard. Będę się streszczać, bo to opisywanie wcale mi nie poprawia humoru. Zastanawiałem się kiedy mogę go odwiedzić w rodzinnym miasteczku, próbowałem z nim o tym porozmawiać. Wyszło na to, że ustalimy gdy wróci ze spotkania biznesowego firmy, w której działalność zamierzał się zaangażować. Pomyślałem "okej, no problem" i rozmawialiśmy dalej.
Po czterech dniach nie odpisywania mi odezwał się, siedział akurat w jednej z Galerii handlowych w moim mieście. Chciał żebym przyjechał, więc jak debil wyleciałem z mieszkania by go zobaczyć. Przez pierwsze 20 minut spotkania (póki miał baterię w laptopie) zaangażowany był tylko i wyłącznie w odpisywanie na fejsie i fellow). Trochę słabo, co nie? W każdym razie mówił tylko o tej firmie, możliwościach i robieniu hajsu. Zamykali galerię, więc zjechaliśmy do mnie na herbatę, a on wciąż o tym nawijał. Chyba nie doceniłem jego zaangażowania w naszą relację, bo stwierdził, że nadawałbym się NAWET na jego partnera biznesowego. Kurwa, tyle wygrać.
Spotkanie, na które umówiliśmy się następnego dnia nie doszło do skutku, a i na żadne kolejne się nie umawialiśmy. Rozmawiałem z nim później i stwierdził, że ja po prostu nie rozumiem, jestem zbyt ograniczony na to, aby zdać sobie sprawę z tego jak ważny jest dla niego ten biznes i jak duże znaczenie ma dla niego ten czas, który przecież na spotkaniu ze mną nie dałby mu nowych partnerów biznesowych. W kolejnych rozmowach twierdził, że cieszy się życiem, bo robi to na co ma ochotę.
Krzyżyk na drogę, powodzenia biznesmenie...
czwartek, 7 maja 2015
zUe RZycie
Chciałem napisać post odnośnie mojej dzisiejszej rozmowy kwalifikacyjnej i tego co po niej, ale stwierdziłem, że pomimo najszczerszych chęci lenistwo zwycięża (znów ._.). W każdym bądź razie dzisiejszy dzień był do kitu.
Czy ten blog nie zrobił się pewnego rodzaju miejscem, w którym w przeciwieństwie do codzienności uwielbiam narzekać? Shit happens, ja jedynie piszę. To czytający cierpią ;)
Czy ten blog nie zrobił się pewnego rodzaju miejscem, w którym w przeciwieństwie do codzienności uwielbiam narzekać? Shit happens, ja jedynie piszę. To czytający cierpią ;)
niedziela, 3 maja 2015
Ale dno ._.
Tak więc mam słomiany zapał :D Miałem pisać coś nowego każdego dnia - gówno z tego wyszło.
Dziś ostatni dzień w pracy, witamy w świecie bezrobotnych. Szkoda, że nawet nie zobaczę mojej wypłaty i nim ją dostałem rozplanowane mam na co pójdzie każdy grosz. Przykre, co nie?
Może trzeba było studiować w mieście obok, zajadać się rodzinnymi obiadkami, nie tracić stałego kontaktu z przyjaciółmi.. Żartuję, nigdy w życiu. Nawet jeżeli jest źle to zawsze będzie lepiej niż gdybym tam został, to jedna z niewielu rzeczy, których jestem całkowicie pewien w moim życiu. Jeden z istotniejszych wyborów, a wiem, że był dobry.
Dzisiaj słuchamy MONO:
Ostatnio przełamałem się nieco i robiłem coś czego robić nie znoszę, co robię rzadko i też co nigdy nie przynosi pożytku bądź dobrego humoru ~ przeglądałem profile. Niedługo, ale jednak. Powinienem być wobec siebie bardziej stanowczy. Jeżeli i tak mam problemy z tym by się na kogoś otworzyć to po kij wmawiam sobie, że mi tego brakuje? Bywam hipokrytą ^_^
Obejrzę sobie jakiś nowy serial, potrzebuję wyłączyć się z życia. Cya!
czwartek, 30 kwietnia 2015
Halcyon days
Paradoksalny tytuł, wieje fchuj. Zobaczę, czy wystarczy mi kreatywności aby każdego kolejnego dnia dodawać nowy wpis!
Wolves of winter - Halycon days
Dzisiejszy dzień trudno określić udanym bądź nieudanym. Cały spędziłem w pracy. Choć czułem się dennie, niekreatywnie i ogółem do dupy to z drugiej strony zarabiałem hajs. Czy dziś też mi czegoś brakowało? Trudno powiedzieć. Może odwzajemnienia spojrzenia posłanego przeze mnie jednemu z przystojniejszych every-menów :)
Ostatnio poznałem bardzo fajnego człowieka, właśnie dzięki temu, że na portalu szukał kogoś kto tak odwzajemnił jego spojrzenie. ZAZDRO
Mogę przynajmniej pocieszyć się tym, że moja kawa (kocham kawę) jest tak smaczna jak zwykle.
Poniżej przepis na najlepszą jaką kiedykolwiek udało mi się przygotować:
Potrzebujemy:
- 3 łyżeczki kawy sypanej
- pół łyżeczki sproszkowanej papryki ostrej
- pół łyżeczki przyprawy do pierników
- woda
- mleko
Kawę i przyprawy uklepujemy w zbiorniku od kafetiery. Wlewamy wodę tam gdzie jej miejsce, składamy i stawiamy na gaz. W międzyczasie gotujemy mleko (lub spieniamy jeżeli mamy czym). Łączymy składniki i zachwycamy się napojem, który pachnie tak samo dobrze jak smakuje!
Wolves of winter - Halycon days
Dzisiejszy dzień trudno określić udanym bądź nieudanym. Cały spędziłem w pracy. Choć czułem się dennie, niekreatywnie i ogółem do dupy to z drugiej strony zarabiałem hajs. Czy dziś też mi czegoś brakowało? Trudno powiedzieć. Może odwzajemnienia spojrzenia posłanego przeze mnie jednemu z przystojniejszych every-menów :)
Ostatnio poznałem bardzo fajnego człowieka, właśnie dzięki temu, że na portalu szukał kogoś kto tak odwzajemnił jego spojrzenie. ZAZDRO
Mogę przynajmniej pocieszyć się tym, że moja kawa (kocham kawę) jest tak smaczna jak zwykle.
Poniżej przepis na najlepszą jaką kiedykolwiek udało mi się przygotować:
Potrzebujemy:
- 3 łyżeczki kawy sypanej
- pół łyżeczki sproszkowanej papryki ostrej
- pół łyżeczki przyprawy do pierników
- woda
- mleko
Kawę i przyprawy uklepujemy w zbiorniku od kafetiery. Wlewamy wodę tam gdzie jej miejsce, składamy i stawiamy na gaz. W międzyczasie gotujemy mleko (lub spieniamy jeżeli mamy czym). Łączymy składniki i zachwycamy się napojem, który pachnie tak samo dobrze jak smakuje!
środa, 29 kwietnia 2015
Latając..
Chyba dawno nic tu nie napisałem. Czy to znaczy, że czuję się lepiej? Wręcz przeciwnie ;)
Zastanawiam się co tak właściwie sprawia, że nie mamy humoru. "Nie mam humoru" to zwrot, którego najczęściej używam gdy zostanę zaproszony na kawę/browara/lot na księżyc/cokolwiek...
Wydaje mi się, że problem leży w nas samych. To nie tak, że świat wali nam się na głowę. Po prostu oczekujemy więcej niż możemy w danym momencie otrzymać.
Ostatnio niemalże do zera ograniczyłem kontakt z człowiekiem, który patrząc mi w oczy ze śmiertelną powagą powiedział "Jesteś szczęśliwy". Zastanawia mnie dlaczego tak zrobiłem. Oburzyło mnie to jak bardzo czuję się przez tę osobę nieznany? Przecież chyba sam do tego doprowadziłem, nie mogę oczekiwać by wszyscy widzieli wewnętrznego mnie skoro tak uparcie staram się go ukryć pod szeroką gamą uśmiechów, żartów i.. w każdym razie przed otaczającym światem.
Wczoraj ktoś powiedział mi "(imię), wiem, że wcale nie czujesz się z tym dobrze, ale po prostu jesteś twardy". To czego nie okazuję i tak mimowolnie ze mnie wypływa, mimo wszystko nie każdy to widzi. Ale to dobrze, tajemnice są wartościową walutą, warto mieć sekrety. Pytanie, czy nie ujawniając ich mam prawo wymagać by ludzie je widzieli/domyślali się ich istnienia. Trudno powiedzieć, sądzę że nie.
Poniżej utwór, dzięki któremu właśnie tak nazwałem ten post:
Anathema - Flying
Zastanawiam się co tak właściwie sprawia, że nie mamy humoru. "Nie mam humoru" to zwrot, którego najczęściej używam gdy zostanę zaproszony na kawę/browara/lot na księżyc/cokolwiek...
Wydaje mi się, że problem leży w nas samych. To nie tak, że świat wali nam się na głowę. Po prostu oczekujemy więcej niż możemy w danym momencie otrzymać.
Ostatnio niemalże do zera ograniczyłem kontakt z człowiekiem, który patrząc mi w oczy ze śmiertelną powagą powiedział "Jesteś szczęśliwy". Zastanawia mnie dlaczego tak zrobiłem. Oburzyło mnie to jak bardzo czuję się przez tę osobę nieznany? Przecież chyba sam do tego doprowadziłem, nie mogę oczekiwać by wszyscy widzieli wewnętrznego mnie skoro tak uparcie staram się go ukryć pod szeroką gamą uśmiechów, żartów i.. w każdym razie przed otaczającym światem.
Wczoraj ktoś powiedział mi "(imię), wiem, że wcale nie czujesz się z tym dobrze, ale po prostu jesteś twardy". To czego nie okazuję i tak mimowolnie ze mnie wypływa, mimo wszystko nie każdy to widzi. Ale to dobrze, tajemnice są wartościową walutą, warto mieć sekrety. Pytanie, czy nie ujawniając ich mam prawo wymagać by ludzie je widzieli/domyślali się ich istnienia. Trudno powiedzieć, sądzę że nie.
Poniżej utwór, dzięki któremu właśnie tak nazwałem ten post:
Anathema - Flying
niedziela, 22 marca 2015
Operacja palca, czy mózgu?
Szymon pojawił się po wspomnianym wcześniej Dawidzie. Z tego samego miasta. To będzie chyba najkrótszy z moich wpisów, ale odczucia przy poznawaniu go były nie inne niż u wszystkich.
Poznałem człowieka, który był świeżo po operacji palca. Wiem to, bo dzięki temu mogliśmy rozmawiać ze sobą przez kilkanaście dni średnio po 14 godzin dziennie. Po rekonwalescencji przestał się odzywać. Nigdy nie spotkałem go w realu, trochę przykre, acz prawdziwe :x
Czy warto obstawiać mecz, w którym żadna strona nie wygra?
Pomijając obstawienie remisu :)
On nie zadowala żadnego z zawodników.
Dawida poznałem pod koniec klasy maturalnej. Byłem już nastawiony na studiowanie w konkretnym mieście, toteż i moja lokalizacja na portalu się zmieniła. Pamiętam, jak wyłudziłem od niego hasło w 2giej wiadomości, a że kładłem się akurat spać to napisałem "Teraz to na pewno będę mieć miłe sny". Zaczęło się bardzo spokojnie, najpierw małe wiadomości, a potem.. mini-eseje, które to uwielbiam wymieniać. Chociaż nienawidzę rozmawiać przez telefon to jemu udało się namówić mnie na taką formę kontaktu - lepiej. Gadaliśmy non-stop, a ja nie czułem znużenia. Nawet nie wiem kiedy się zaangażowałem, ale pociesza mnie fakt, że on pierwszy zaczął się mną na poważnie interesować. Pominę wszystkie rozterki, walkę o relację, ale zapewniam, że takich potyczek było wiele. Zazwyczaj on znajdował problemy, które z czasem udawało nam się rozwiązać. W końcu nadszedł fenomenalny czas - wyjechałem z mojego obrzydliwego miasteczka do miasta, w którym miałem studiować po to, aby się z nim spotkać.
Nie ma sensu się rozwijać. Przecież piszę o smutach, co nie? Niewiele przed moim powrotem następnego dnia usłyszałem, że zdaniem jego przyjaciółki jestem "jak Twój były". Cóż.. dziwnie. Potem mieliśmy czas dla siebie, ostatnia acz długa pogawędka. W jej trakcie się rozbeczał i stwierdził, że on nie może. Ale nie może co? No.. wgl mieć ze mną kontaktu, bo przytłacza go przeszłość - zwłaszcza, gdy ma ze mną kontakt. Najpierw myślałem, że to niesmaczny żart. Okazało się, że nie i w takim to oto szampańskim humorze wracałem przez kilka godzin do domu. Gdy byłem u siebie to zadzwonił i stwierdził, że się rozmyślił... Gdy rzekomo wszystko miało być okej następnego dnia się rozmyślił, kolejnego wrócił do nowej decyzji, a gdy jeszcze raz stwierdził, że się zastanawia powiedziałem "koniec".
Spotkałem go jeszcze 2-3 miesiące później. Fajny facet, życzę mu jak najlepiej, ale już nie w moim towarzystwie. Mimo wszystko zbyt wiele nerwów kosztowała mnie ta znajomość.
On nie zadowala żadnego z zawodników.
Dawida poznałem pod koniec klasy maturalnej. Byłem już nastawiony na studiowanie w konkretnym mieście, toteż i moja lokalizacja na portalu się zmieniła. Pamiętam, jak wyłudziłem od niego hasło w 2giej wiadomości, a że kładłem się akurat spać to napisałem "Teraz to na pewno będę mieć miłe sny". Zaczęło się bardzo spokojnie, najpierw małe wiadomości, a potem.. mini-eseje, które to uwielbiam wymieniać. Chociaż nienawidzę rozmawiać przez telefon to jemu udało się namówić mnie na taką formę kontaktu - lepiej. Gadaliśmy non-stop, a ja nie czułem znużenia. Nawet nie wiem kiedy się zaangażowałem, ale pociesza mnie fakt, że on pierwszy zaczął się mną na poważnie interesować. Pominę wszystkie rozterki, walkę o relację, ale zapewniam, że takich potyczek było wiele. Zazwyczaj on znajdował problemy, które z czasem udawało nam się rozwiązać. W końcu nadszedł fenomenalny czas - wyjechałem z mojego obrzydliwego miasteczka do miasta, w którym miałem studiować po to, aby się z nim spotkać.
Nie ma sensu się rozwijać. Przecież piszę o smutach, co nie? Niewiele przed moim powrotem następnego dnia usłyszałem, że zdaniem jego przyjaciółki jestem "jak Twój były". Cóż.. dziwnie. Potem mieliśmy czas dla siebie, ostatnia acz długa pogawędka. W jej trakcie się rozbeczał i stwierdził, że on nie może. Ale nie może co? No.. wgl mieć ze mną kontaktu, bo przytłacza go przeszłość - zwłaszcza, gdy ma ze mną kontakt. Najpierw myślałem, że to niesmaczny żart. Okazało się, że nie i w takim to oto szampańskim humorze wracałem przez kilka godzin do domu. Gdy byłem u siebie to zadzwonił i stwierdził, że się rozmyślił... Gdy rzekomo wszystko miało być okej następnego dnia się rozmyślił, kolejnego wrócił do nowej decyzji, a gdy jeszcze raz stwierdził, że się zastanawia powiedziałem "koniec".
Spotkałem go jeszcze 2-3 miesiące później. Fajny facet, życzę mu jak najlepiej, ale już nie w moim towarzystwie. Mimo wszystko zbyt wiele nerwów kosztowała mnie ta znajomość.
wtorek, 17 marca 2015
Dlaczego mi nie współczujesz?
Pieprzyć chronologię, której chciałem się trzymać! Teraz napiszę o nieco późniejszym odtrąceniu. Piętno tego kopniaka (chyba w twarz :X) czuję do teraz
W ubiegłym roku randomowo przeglądając profile znalazłem uśmiechniętą twarz. Napisałem do niej (do niego). Był związany, wedle moich zasad niedostępny dla mnie. Lubię ludzi zajętych, oni zwyczajnego poklepania po ramieniu lub spojrzenia w oczy nie traktują, jak flirt. Dobrze nam się rozmawiało, nie mniej jednak nagle usunął konto nie uprzedzając mnie o tym. Zdarza się, nie bolało, bo przecież i tak był niedostępny.
Do czasu... 2 miesiące później znalazłem go na równoległym portalu. Uwaga - WOLNY. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a skoro pierwsze lody przełamane napisałem. Znałem już jego imię, wiedziałem co studiuje.. Bum! Nie spodziewałem się, że tyle o nim nie wiem. W ciągu niespełna dwóch tygodni wymieniliśmy tryliard wiadomości i zdjęć. Chyba każdy zna ten czas, gdy rozmowa pisemna z kimś sprawia nam realną frajdę, gdy jesteśmy wręcz głodni kolejnych informacji na temat osoby, która wydaje nam się być interesująca. Pamiętam słowa mojego przyjaciela "Dlaczego mi nie współczujesz?" (był niewiele po zerwaniu i po prostu sympatycznie zazdrościł mi entuzjazmu, z którym podchodzę do laptopa; uśmiechu, który świadczył o tym, że czuję się naprawdę dobrze). To było konieczne, musieliśmy w końcu dojść do tego momentu, w którym umawiamy się na spotkanie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i.. Wyszedłem na tramwaj.
Pojawiłem się 20 minut przed czasem. Cholernie zestresowany. Na domiar złego jeszcze spotkałem kumpla, który akurat musiał się przypałętać i zacząć coś do mnie peplić (gadać bez sensu). Poszedł. Okej, wdech-wydech-wdech-wydech-wydech-podwójny wdech. Nie wiem dlaczego się tak stresowałem, czyżby od dłuższego czasu mi tak na kimś nie zależało? Pojawił się. Podaliśmy sobie dłonie, skierowaliśmy się w stronę baru, który bardzo lubię. Idąc zasłaniałem twarz szalikiem, aby ukryć krępująco szczery uśmiech. Weszliśmy. Jedno piwo, drugie. Tematy się nie kończyły, czułem się świetnie. On też wyglądał na zadowolonego z przebiegu spotkania. Wyszliśmy, stwierdziliśmy że jeszcze mamy ochotę spędzić ze sobą trochę czasu. Drugi bar! Znów piwo, tematy były coraz bardziej intymne, nie sądziłem, że potrafię z kimś tak intensywnie dyskutować. To było.. zajebiste? Okej, ogar. Po wysiłku intelektualnym (no przecież starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie :D) poszliśmy na powrotny. Wsiedliśmy w ten sam, on miał wysiąść wcześniej. 2 przystanki przed wyjściem złapał mnie za rękę, wypuścił ją dopiero wychodząc posyłając mi ostatni tego wieczoru uśmiech...
Pewnie myślicie, że zaraz skończę wpis i powiem jak to mi było źle? Błąd, bajka trwała dalej!
Po powrocie jak zwykle siedzieliśmy przy komunikatorze do bardzo późnej godziny. Kolejnego dnia też, a następnego.. przyszedł odebrać mnie z uczelni. Stresowałem się, więc nie byłem zbyt wyspany. W pobliskim markecie zaopatrzyliśmy się w cydr i pojechaliśmy do mnie. Przegadaliśmy kilka godzin siedząc na łóżku. Tym razem nie tylko złapał mnie za rękę, ale i usiadł jakoś tak.. bliżej. To było miłe. Po tym zaprowadziłem go na powrotny, gdy wsiadł odprowadzaliśmy się wzrokiem.
Cały ten czas był piękny, bo równolegle walczyłem z całych sił o bardzo korzystną pracę. Byłem już po rozmowie kwalifikacyjnej. W piątek miałem mieć godziny próbne. Szedłem na nie z gigantycznym uśmiechem na ustach. Dlaczego? Po tym miałem jechać na imprezę, na której był On, na której miałem poznać Jego znajomych. Po pracy pojechałem pod wskazany adres, wyszedł po mnie wraz ze swoim przyjacielem. Kupiłem niezbędny do imprezy asortyment i.. poszliśmy.
Poznałem sporo nowych ludzi, mimo to głodny byłem poznawania tylko jednej osoby. Jego. Rozmawialiśmy, alkohol lał się strumieniami. Ludzie na sofach przed nami wymieniali się, my wciąż trwaliśmy w rozmowie. Nagle poczułem jak wszystkie mięśnie mojego ciała zablokowały się. Poczułem jakby w całej swej okazałości i destrukcyjnej sile pierdolnął we mnie piorun. Poczułem jak mrówki chodzą po moim ciele. Poczułem motylki w brzuchu. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci.. To tak jak z naszymi rozmowami, ciągle chcieliśmy więcej. Zauważyliśmy jednak, że jesteśmy na imprezie i trzeba się ogarnąć. Usiedliśmy gdzie indziej, kilka razy zrobił to ponownie, ale w końcu wyszliśmy z przyjęcia. Wracaliśmy trzymając się za ręce co pewien czas robiąc przerwę na.. no wiecie :) I ten, byliśmy blisko mojego mieszkania. Nie chciał jednak nocować, właściwie to mądrze, bo nikt nie wie co mogłoby się wydarzyć. W zamian za to spędziliśmy jeszcze cudowną godzinę na przystanku, którego widok wciąż wywołuje we mnie bardzo zły humor i poszedł w swoją stronę. Na szczęście przystanek dalej spotkał spóźniony autobus, na który czekaliśmy.
Po wyleczeniu kaca jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. My non-stop rozmawialiśmy, wbrew pozorom mieliśmy o czym! Na początku powiedział mi, że on nic ze mną nie chce. Że nie jest gotowy, że się nie mógł pohamować, że przeprasza. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Kolejnego dnia spotkaliśmy się w plenerze. Otoczenie było obrzydliwie romantyczne, księżyc i chmurki. Rozmawialiśmy niemalże jak zwykle. Tym razem nie złapał za rękę, peszył go mój wzrok. Zastanawiam się dlaczego w ogóle chciał się zobaczyć skoro jego zachowanie jasno mówiło "dystansuję się". Odprowadziłem go na powrotny i wróciłem do siebie.
Przez następne dwa tygodnie nie mogłem już wyrwać go na spotkanie "bo nauka", "bo egzamin", "bo coś już zaplanował". Okej, wiedziałem że jest po sprawie.. Umówiliśmy się w miejscu publicznym, zgodnie z planem kupił sobie koszulę i jeszcze przegadaliśmy godzinę na ławce. Było.. neutralnie? Tak się czułem. Daję słowo, że gdybym wciągnął powietrze to miast jego perfum prędzej poczułbym domestos, którym jakaś miła sprzątaczka szorowała ławkę kilka godzin wcześniej.
Nie widziałem go przez kolejne półtora miesiąca. Święta, sylwester, jemu nie śpieszył się powrót do miasta. Wiele rozmów miłych, dziwnych lub z kolei takich jak dawniej odbyliśmy w międzyczasie. Zdarzało mu się świadomie lub też nie naciskać mi na odcisk, wręcz chlubić się tym, że dał mi kosza za 10 punktów. Umówiliśmy się na kino. Nie chciał chyba spotykać się w miejscu, w którym moglibyśmy zacząć zbyt szczerze rozmawiać. Wiedziałem, że tak czuje. Mimo wszystko zdążyłem go w międzyczasie choć trochę poznać. Wiecie co? Dałem mu list. List ręcznie napisany we własnoręcznie złożonej kopercie, który też osobiście wsadziłem mu w kieszeń. Powiedziałem mu przed spotkaniem, że to zrobię. Miał lekko przerażoną minę, gdy to robiłem, ale zachował twarz. W liście opisałem jakie jest jego podejście do mnie, czego się boję, jakie z nim wiążę nadzieje. Pomijając film, rozstanie i rozmowę tego samego wieczoru.. kolejnego ranka odpisał mi na list. Przez facebooka, ale jednak. Powiedział, że czuje dokładnie to samo co ja. (Pierwsza myśl: to dlaczego się tak kurwa zachowujesz?!). Dodał, że chce mnie dalej poznawać. Co było dalej?
Kilka dni po tym zapytał mnie, czy mi przeszło...
Od tamtego czasu to on pierwszy zaczyna rozmowę, ostatnio nawet ponownie się spotkaliśmy. Najgorsze jest to, że wciąż w jego towarzystwie tak dobrze się czuję. Próbowałem w międzyczasie zainteresować się kimś innym, ale czuję, że wciąż zbyt dobrze pamiętam jego uśmiech.
Nie mam nic do dodania. Koniec postu. <-- kropka nienawiści
W ubiegłym roku randomowo przeglądając profile znalazłem uśmiechniętą twarz. Napisałem do niej (do niego). Był związany, wedle moich zasad niedostępny dla mnie. Lubię ludzi zajętych, oni zwyczajnego poklepania po ramieniu lub spojrzenia w oczy nie traktują, jak flirt. Dobrze nam się rozmawiało, nie mniej jednak nagle usunął konto nie uprzedzając mnie o tym. Zdarza się, nie bolało, bo przecież i tak był niedostępny.
Do czasu... 2 miesiące później znalazłem go na równoległym portalu. Uwaga - WOLNY. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a skoro pierwsze lody przełamane napisałem. Znałem już jego imię, wiedziałem co studiuje.. Bum! Nie spodziewałem się, że tyle o nim nie wiem. W ciągu niespełna dwóch tygodni wymieniliśmy tryliard wiadomości i zdjęć. Chyba każdy zna ten czas, gdy rozmowa pisemna z kimś sprawia nam realną frajdę, gdy jesteśmy wręcz głodni kolejnych informacji na temat osoby, która wydaje nam się być interesująca. Pamiętam słowa mojego przyjaciela "Dlaczego mi nie współczujesz?" (był niewiele po zerwaniu i po prostu sympatycznie zazdrościł mi entuzjazmu, z którym podchodzę do laptopa; uśmiechu, który świadczył o tym, że czuję się naprawdę dobrze). To było konieczne, musieliśmy w końcu dojść do tego momentu, w którym umawiamy się na spotkanie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i.. Wyszedłem na tramwaj.
Pojawiłem się 20 minut przed czasem. Cholernie zestresowany. Na domiar złego jeszcze spotkałem kumpla, który akurat musiał się przypałętać i zacząć coś do mnie peplić (gadać bez sensu). Poszedł. Okej, wdech-wydech-wdech-wydech-wydech-podwójny wdech. Nie wiem dlaczego się tak stresowałem, czyżby od dłuższego czasu mi tak na kimś nie zależało? Pojawił się. Podaliśmy sobie dłonie, skierowaliśmy się w stronę baru, który bardzo lubię. Idąc zasłaniałem twarz szalikiem, aby ukryć krępująco szczery uśmiech. Weszliśmy. Jedno piwo, drugie. Tematy się nie kończyły, czułem się świetnie. On też wyglądał na zadowolonego z przebiegu spotkania. Wyszliśmy, stwierdziliśmy że jeszcze mamy ochotę spędzić ze sobą trochę czasu. Drugi bar! Znów piwo, tematy były coraz bardziej intymne, nie sądziłem, że potrafię z kimś tak intensywnie dyskutować. To było.. zajebiste? Okej, ogar. Po wysiłku intelektualnym (no przecież starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie :D) poszliśmy na powrotny. Wsiedliśmy w ten sam, on miał wysiąść wcześniej. 2 przystanki przed wyjściem złapał mnie za rękę, wypuścił ją dopiero wychodząc posyłając mi ostatni tego wieczoru uśmiech...
Pewnie myślicie, że zaraz skończę wpis i powiem jak to mi było źle? Błąd, bajka trwała dalej!
Po powrocie jak zwykle siedzieliśmy przy komunikatorze do bardzo późnej godziny. Kolejnego dnia też, a następnego.. przyszedł odebrać mnie z uczelni. Stresowałem się, więc nie byłem zbyt wyspany. W pobliskim markecie zaopatrzyliśmy się w cydr i pojechaliśmy do mnie. Przegadaliśmy kilka godzin siedząc na łóżku. Tym razem nie tylko złapał mnie za rękę, ale i usiadł jakoś tak.. bliżej. To było miłe. Po tym zaprowadziłem go na powrotny, gdy wsiadł odprowadzaliśmy się wzrokiem.
Cały ten czas był piękny, bo równolegle walczyłem z całych sił o bardzo korzystną pracę. Byłem już po rozmowie kwalifikacyjnej. W piątek miałem mieć godziny próbne. Szedłem na nie z gigantycznym uśmiechem na ustach. Dlaczego? Po tym miałem jechać na imprezę, na której był On, na której miałem poznać Jego znajomych. Po pracy pojechałem pod wskazany adres, wyszedł po mnie wraz ze swoim przyjacielem. Kupiłem niezbędny do imprezy asortyment i.. poszliśmy.
Poznałem sporo nowych ludzi, mimo to głodny byłem poznawania tylko jednej osoby. Jego. Rozmawialiśmy, alkohol lał się strumieniami. Ludzie na sofach przed nami wymieniali się, my wciąż trwaliśmy w rozmowie. Nagle poczułem jak wszystkie mięśnie mojego ciała zablokowały się. Poczułem jakby w całej swej okazałości i destrukcyjnej sile pierdolnął we mnie piorun. Poczułem jak mrówki chodzą po moim ciele. Poczułem motylki w brzuchu. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci.. To tak jak z naszymi rozmowami, ciągle chcieliśmy więcej. Zauważyliśmy jednak, że jesteśmy na imprezie i trzeba się ogarnąć. Usiedliśmy gdzie indziej, kilka razy zrobił to ponownie, ale w końcu wyszliśmy z przyjęcia. Wracaliśmy trzymając się za ręce co pewien czas robiąc przerwę na.. no wiecie :) I ten, byliśmy blisko mojego mieszkania. Nie chciał jednak nocować, właściwie to mądrze, bo nikt nie wie co mogłoby się wydarzyć. W zamian za to spędziliśmy jeszcze cudowną godzinę na przystanku, którego widok wciąż wywołuje we mnie bardzo zły humor i poszedł w swoją stronę. Na szczęście przystanek dalej spotkał spóźniony autobus, na który czekaliśmy.
Po wyleczeniu kaca jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. My non-stop rozmawialiśmy, wbrew pozorom mieliśmy o czym! Na początku powiedział mi, że on nic ze mną nie chce. Że nie jest gotowy, że się nie mógł pohamować, że przeprasza. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Kolejnego dnia spotkaliśmy się w plenerze. Otoczenie było obrzydliwie romantyczne, księżyc i chmurki. Rozmawialiśmy niemalże jak zwykle. Tym razem nie złapał za rękę, peszył go mój wzrok. Zastanawiam się dlaczego w ogóle chciał się zobaczyć skoro jego zachowanie jasno mówiło "dystansuję się". Odprowadziłem go na powrotny i wróciłem do siebie.
Przez następne dwa tygodnie nie mogłem już wyrwać go na spotkanie "bo nauka", "bo egzamin", "bo coś już zaplanował". Okej, wiedziałem że jest po sprawie.. Umówiliśmy się w miejscu publicznym, zgodnie z planem kupił sobie koszulę i jeszcze przegadaliśmy godzinę na ławce. Było.. neutralnie? Tak się czułem. Daję słowo, że gdybym wciągnął powietrze to miast jego perfum prędzej poczułbym domestos, którym jakaś miła sprzątaczka szorowała ławkę kilka godzin wcześniej.
Nie widziałem go przez kolejne półtora miesiąca. Święta, sylwester, jemu nie śpieszył się powrót do miasta. Wiele rozmów miłych, dziwnych lub z kolei takich jak dawniej odbyliśmy w międzyczasie. Zdarzało mu się świadomie lub też nie naciskać mi na odcisk, wręcz chlubić się tym, że dał mi kosza za 10 punktów. Umówiliśmy się na kino. Nie chciał chyba spotykać się w miejscu, w którym moglibyśmy zacząć zbyt szczerze rozmawiać. Wiedziałem, że tak czuje. Mimo wszystko zdążyłem go w międzyczasie choć trochę poznać. Wiecie co? Dałem mu list. List ręcznie napisany we własnoręcznie złożonej kopercie, który też osobiście wsadziłem mu w kieszeń. Powiedziałem mu przed spotkaniem, że to zrobię. Miał lekko przerażoną minę, gdy to robiłem, ale zachował twarz. W liście opisałem jakie jest jego podejście do mnie, czego się boję, jakie z nim wiążę nadzieje. Pomijając film, rozstanie i rozmowę tego samego wieczoru.. kolejnego ranka odpisał mi na list. Przez facebooka, ale jednak. Powiedział, że czuje dokładnie to samo co ja. (Pierwsza myśl: to dlaczego się tak kurwa zachowujesz?!). Dodał, że chce mnie dalej poznawać. Co było dalej?
Kilka dni po tym zapytał mnie, czy mi przeszło...
Od tamtego czasu to on pierwszy zaczyna rozmowę, ostatnio nawet ponownie się spotkaliśmy. Najgorsze jest to, że wciąż w jego towarzystwie tak dobrze się czuję. Próbowałem w międzyczasie zainteresować się kimś innym, ale czuję, że wciąż zbyt dobrze pamiętam jego uśmiech.
Nie mam nic do dodania. Koniec postu. <-- kropka nienawiści
poniedziałek, 16 marca 2015
Letni promyk słońca
Wpis nosi dość meteorologiczną nazwę, gdyż główny wątek tej historii odbył się latem. Bartek był materiałem na świetnie zapowiadającą się znajomość. Niewiele przed znanym, polskim festiwalem zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. W trakcie konwersacji wynikło, że obaj wybieramy się w to samo miejsce, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego ile nam to sprawiało uciechy. Umówiliśmy się w pierwszy dzień festiwalu i wymieniliśmy numerami telefonów. Pierwszy dzień - on naćpany, nie udało się dogadać. Drugi ja przepiłem. Później rzekomo mu się rozładował telefon. Cóż.. Zdarza się, tak? Pomyślałem, że po prostu nie było nam pisane się poznać.
Napisał. Dzień po festiwalu. W ciągu 10 minut umówiliśmy się na spotkanie kolejnego dnia, okazało się, że lokalizacja, którą miał na profilu to miasto, w którym znajduje się jego internat, a sam mieszka zaledwie 60 km ode mnie. Pełen entuzjazmu, następnego dnia wyruszyłem na spotkanie.
Lekko się spóźnił, osoba którą zobaczyłem totalnie wymijała się z moimi wyobrażeniami na temat Bartka. Jak zareagowalibyście, gdyby na spotkanie przyszedł zgarbiony, nieogolony koleś z żółto-zielonym aparatem na zęby, w hawajskich spodenkach? Wtedy się odezwał.. Myślałem, że zaraz utonę. Jego głos, był tak pociągająco-hipnotyzująco-niski jak tylko możecie sobie to wyobrazić. Gdy podawał mi rękę poczułem woń jego fenomenalnych perfum, wiedziałem że mam do czynienia z nie byle osobowością. Wypiliśmy po nieprzyzwoitej ilości browarów, a gdy wróciliśmy na autobusy, by każdy (ku naszej niechęci ;) ) mógł wrócić w swoją stronę okazało się, że odwołali mój ostatni powrotny. Zaproponował, że mnie u siebie przenocuje, że rodzice nie będą robić problemów, że możemy dalej rozmawiać. Oczywiście, że się zgodziłem. Tego wieczoru wiele się działo, rano wypiłem najpyszniejszą kawę w moim życiu, a potem odwiózł mnie do miasta, w którym się spotkaliśmy. Nie jedynie odprowadził na autobus.
Pomimo złożenia wielu wiążących obietnic nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Napisał. Dzień po festiwalu. W ciągu 10 minut umówiliśmy się na spotkanie kolejnego dnia, okazało się, że lokalizacja, którą miał na profilu to miasto, w którym znajduje się jego internat, a sam mieszka zaledwie 60 km ode mnie. Pełen entuzjazmu, następnego dnia wyruszyłem na spotkanie.
Lekko się spóźnił, osoba którą zobaczyłem totalnie wymijała się z moimi wyobrażeniami na temat Bartka. Jak zareagowalibyście, gdyby na spotkanie przyszedł zgarbiony, nieogolony koleś z żółto-zielonym aparatem na zęby, w hawajskich spodenkach? Wtedy się odezwał.. Myślałem, że zaraz utonę. Jego głos, był tak pociągająco-hipnotyzująco-niski jak tylko możecie sobie to wyobrazić. Gdy podawał mi rękę poczułem woń jego fenomenalnych perfum, wiedziałem że mam do czynienia z nie byle osobowością. Wypiliśmy po nieprzyzwoitej ilości browarów, a gdy wróciliśmy na autobusy, by każdy (ku naszej niechęci ;) ) mógł wrócić w swoją stronę okazało się, że odwołali mój ostatni powrotny. Zaproponował, że mnie u siebie przenocuje, że rodzice nie będą robić problemów, że możemy dalej rozmawiać. Oczywiście, że się zgodziłem. Tego wieczoru wiele się działo, rano wypiłem najpyszniejszą kawę w moim życiu, a potem odwiózł mnie do miasta, w którym się spotkaliśmy. Nie jedynie odprowadził na autobus.
Pomimo złożenia wielu wiążących obietnic nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
niedziela, 15 marca 2015
Dobry duch
Jeśli w młodym wieku trafiliśmy na tak zwanego dobrego ducha to mieliśmy szczęście. Kim on jest, co zrobił, dlaczego o nim piszę? Dobry duch, któremu nadamy imię.. Dariusz pojawił się w moim życiu w czasach wczesnego korzystania z portali. Dlaczego Darek jest dobrym duchem? Otworzył mi oczy, kazał się nie zatracić w tym obskurnym światku (tym bardziej, że mieszkałem w małym miasteczku). Im bardziej zrywałem kontakty, odcinałem nici łączące mnie z miasteczkowym fellow tym bardziej przywiązywałem się do niego. Chciałem być do niego podobny, bardzo podobało mi się jego podejście do życia i wielu spraw. On traktował mnie jak młodszego brata, dużo mówił. Zdecydowanie mi imponował, wie o mnie takie rzeczy, których nigdy nie ośmieliłem się wyjawić innym. Istnieje natomiast jeden podstawowy problem, przez który nasza relacja nie mogła się rozwijać. Jaki? ZNIKNĄŁ
Ponownie spotkałem go kilka miesięcy później. Nie sądziłem, że możemy się kumplować. Zaprosił mnie na przejażdżkę rowerową. Znów przegadaliśmy popołudnie. Gdy wewnątrz mnie kiełkowała nadzieja, że Darek powróci do mojego otoczenia on zniknął ponownie.
Normalnie powiedziałbym, że na tym kończy się opowieść o Darku, ale ostatnio odezwał się do mnie. Tak, przez fellow. Tak, po ponad dwóch latach kompletnego braku kontaktu. Byłem mega zaskoczony, na początku zastanawiałem się, czy to aby na pewno on, ale upewnił mnie w tym, że jest sobą. Zaskakuje mnie natomiast jedna rzecz - zmieniło się jego podejście do mojej osoby. Jak? On się "łasi". Nie wiem co o tym myśleć..
łasić się - zalecać, komplementować. zazwyczaj używam tego zwrotu, gdy takie zachowanie nie jest mi na rękę
łasić się - zalecać, komplementować. zazwyczaj używam tego zwrotu, gdy takie zachowanie nie jest mi na rękę
sobota, 14 marca 2015
Ale że ja?
"Ale że ja?" to jedna z pierwszych myśli, które biegały po wnętrzu mojej pustej głowy, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że wolę facetów. Cóż, shit happens. Byłem w związku z dziewczyną itd, ale jakoś nigdy nie miałem problemów z zaakceptowaniem samego siebie. Wiem, że na niektóre rzeczy nie mam wpływu, a z wiatrakami walczyć nie lubię.
Kiedy zdałem sobie z tego sprawę? Gdy poznałem Huberta (imię niewybrane przypadkowo. każdy facet, który je nosi ma u mnie +15 do zajebistości). Ten to od razu skupił na sobie mój wzrok. I wiecie co? Nawet nie chodziło tu o wygląd, bo szczerze mówiąc on totalnie nie jest w moim typie. Od Huberta biła taka ciepła aura (nie jestem dziwny!). W jego towarzystwie wstydziłem się nosić skwaszoną minę, on potrafił jednym głupkowatym spojrzeniem poprawiać mi humor. Nie musiał się starać, bo nawet wyglądał na głąba ._.
W każdym razie wiemy, że interesowałem się nim. Nawet bardzo, bo po roku znajomości mogłem pomyśleć "o kurwa, zauroczył mnie". Przed liceum Hubert zaczął "szaleć". Nie chodzi mi tu o to, że dziwnie się zachowywał lub zaczął brać psychotropy. On po prostu się nie akceptował co z kolei zmotywowało go do rozpoczęcia trwającej do teraz walki o idealną sylwetkę. Zmienił się też jego charakter, zaczął traktować ludzi przedmiotowo i zbyt luźno podchodzić do poważnych spraw choć nie przeszkadzało mi to, bo przecież wciąż był Hubertem. W liceum naszą znajomość na spokojnie można było określić mianem przyjaźni. Zajęcia w szkole, wspólna praca i mieszkanie stosunkowo blisko siebie działały na naszą (moją) korzyść. Hubert wiedział, że jestem ciepły, ale nigdy nie sprawiało mu to problemu. Wiedział też, że wśród naszych znajomych jest osoba, która bardzo wiele dla mnie znaczy. Nie wiedział jednak kto :)
Nie chcę opisywać sposobu w jaki Hubert dowiedział się, że to on jest obiektem moich fantazji, ale w każdym razie zaczął mnie unikać. Bał się, pewnie po prostu nie wiedział jak ma się zachowywać. To były dość bolesne czasy, pamiętam jak wdrążeni przyjaciele po zaprzestaniu hejtowania go zaczęli linczować mnie za robienie sobie nadziei nawet wtedy, gdy się ze mną przywitał. Po czasie oswoił się z tą wiedzą i zaczął mnie traktować normalnie, nigdy jednak nie było już tak jak wcześniej.
Historia streszczona w mniej niż 2000 znakach (tak, przeliczyłem) trwała ćwierć mojego życia. Wciąż rozmawiając z nim potrafię rozmarzyć się w jego tępym uśmiechu, ale motylki już umarły. To przeżycie uczyniło mnie silniejszym, bardziej odpornym na psychiczne kontuzje. Zabujać się w heteroseksualnym koledze - cholernie, cholernie nie polecam.
A ja po napisaniu tego tekstu też czuję się lepiej. Ilekroć opowiadam komuś historię o Hubercie zrzucam z ramion ciężar wszystkich negatywnych uczuć, którymi otulałem się myśląc o nim. Hmm, może jeszcze kiedyś coś tutaj naskrobię :)?
Pierwszy
Pierwszy co? Chyba wpis, który sam napisałem. Ma ktoś pomysł na to o czym mam pisać?
Zawsze lubiłem czytać blogi, w których ludzie opisują swoje przeżycia uczuciowe. Z reguły nie były to przyjemne wspomnienia. To takie polskie, gdy uciechę sprawia nam czyjeś niepowodzenie, prawda? Z góry mówię, że nie jestem patriotą. Katolikiem też się nie czuję. Kim wobec tego jestem? Studentem kierunku, na temat którego znajdziemy wiele radosnych memów. Mieszkam w większym mieście, do którego ucieczkę (bo tylko tak mogę nazwać studiowanie ponad 500km od rodzinnego domu...) planowałem od kiedy zacząłem samodzielnie myśleć. Właściwie to liczyła się sama ucieczka. Miasto nie miało znaczenia, byle daleko..
Aaa, i ten! Jestem pedałem/gejem/homoseksualistą/waginosceptykiem/tęczowy/ciepły (wybierz sobie, bo mnie określenie nie robi).
Zapewniam jednak, że orientacja nie wywarła najmniejszego wpływu na mój charakter, bo patrząc na ludzi sam bywam homofobem ._.
Raczej nie będę się przedstawiać, nie planuję też opisywać moich zainteresowań, bo byłbym chyba jedyną osobą, która to czyta. Przecież nie o to chodzi w blogowaniu, yup?
Myślę, że ja też mógłbym pisać o niespełnionych miłostkach. Jakie to oryginalne, prawda?
Niech ten blog będzie formą spowiedzi przed bogiem, którego istnienie jest dla mnie abstrakcją (przepraszam, po prostu lubię to podkreślać).
I ten, nie chcę nikogo urazić. Jeżeli coś Wam się podoba/nie podoba to po prostu o tym napiszcie w komentarzu, może to naprawimy ;)
Zawsze lubiłem czytać blogi, w których ludzie opisują swoje przeżycia uczuciowe. Z reguły nie były to przyjemne wspomnienia. To takie polskie, gdy uciechę sprawia nam czyjeś niepowodzenie, prawda? Z góry mówię, że nie jestem patriotą. Katolikiem też się nie czuję. Kim wobec tego jestem? Studentem kierunku, na temat którego znajdziemy wiele radosnych memów. Mieszkam w większym mieście, do którego ucieczkę (bo tylko tak mogę nazwać studiowanie ponad 500km od rodzinnego domu...) planowałem od kiedy zacząłem samodzielnie myśleć. Właściwie to liczyła się sama ucieczka. Miasto nie miało znaczenia, byle daleko..
Aaa, i ten! Jestem pedałem/gejem/homoseksualistą/waginosceptykiem/tęczowy/ciepły (wybierz sobie, bo mnie określenie nie robi).
Zapewniam jednak, że orientacja nie wywarła najmniejszego wpływu na mój charakter, bo patrząc na ludzi sam bywam homofobem ._.
Raczej nie będę się przedstawiać, nie planuję też opisywać moich zainteresowań, bo byłbym chyba jedyną osobą, która to czyta. Przecież nie o to chodzi w blogowaniu, yup?
Myślę, że ja też mógłbym pisać o niespełnionych miłostkach. Jakie to oryginalne, prawda?
Niech ten blog będzie formą spowiedzi przed bogiem, którego istnienie jest dla mnie abstrakcją (przepraszam, po prostu lubię to podkreślać).
I ten, nie chcę nikogo urazić. Jeżeli coś Wam się podoba/nie podoba to po prostu o tym napiszcie w komentarzu, może to naprawimy ;)
Poezja na piasku
Właśnie założyłem bloga. Nim zapomnę o tym, że go posiadam wytłumaczę Wam jego nazwę. Zerżnąłem ją z mojego ulubionego utworu Árstíðir - Ljóð í sand
Treść: Við stóra strönd horfir yfir
Treść: Við stóra strönd horfir yfir
og
hugsar of lan...
No dobra, żartowałem. Sam nie znam islandzkiego, więc wrzucam polskie tłumaczenie:
Na rozległym wybrzeżu, patrząc w przestrzeń
Myślała przez długi czas, zbyt długi.
Myślała przez długi czas, zbyt długi.
Czas
mijał, wiele rzeczy się zmieniło,
A
nikt dotąd nie widział czegoś takiego.
Następnej
nocy, w drodze do domu
Nie
zauważyliśmy
Zbierających
się nad nami ciemnych chmur.
Przypływ
się zwiększył,
A
ja pisałem na mokrym piachu
Twoje
wiersze i moje sekrety.
Tak
wiele godzin wciąż mija
Czuła
wtedy ból, zbyt wielki.
Wyciągnęła
ręce w jednym znaczącym geście
I
płakała nigdy nie otrzymawszy odpowiedzi.
Następnej
nocy, w drodze do domu
Ledwie
zauważyłem
Zbierające
się nade mną ciemne chmury.
Przypływ
się zwiększył,
A
ja pisałem na mokrym piachu
Twoje wiersze i moje sekrety.
Twoje wiersze i moje sekrety.
Aaa, zapomniałbym. Zachęcam do czytania bloga. Nawet jeżeli nie podoba Wam się szablon lub tematyka i treść moich wypowiedzi daję słowo, że nad każdym jednym słowem się zastanowiłem.
No i z góry przepraszam za błędy językowe/ortograficzne, które z pewnością zdarzy mi się popełnić.
No i z góry przepraszam za błędy językowe/ortograficzne, które z pewnością zdarzy mi się popełnić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)