Pieprzyć chronologię, której chciałem się trzymać! Teraz napiszę o nieco późniejszym odtrąceniu. Piętno tego kopniaka (chyba w twarz :X) czuję do teraz
W ubiegłym roku randomowo przeglądając profile znalazłem uśmiechniętą twarz. Napisałem do niej (do niego). Był związany, wedle moich zasad niedostępny dla mnie. Lubię ludzi zajętych, oni zwyczajnego poklepania po ramieniu lub spojrzenia w oczy nie traktują, jak flirt. Dobrze nam się rozmawiało, nie mniej jednak nagle usunął konto nie uprzedzając mnie o tym. Zdarza się, nie bolało, bo przecież i tak był niedostępny.
Do czasu... 2 miesiące później znalazłem go na równoległym portalu. Uwaga - WOLNY. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a skoro pierwsze lody przełamane napisałem. Znałem już jego imię, wiedziałem co studiuje.. Bum! Nie spodziewałem się, że tyle o nim nie wiem. W ciągu niespełna dwóch tygodni wymieniliśmy tryliard wiadomości i zdjęć. Chyba każdy zna ten czas, gdy rozmowa pisemna z kimś sprawia nam realną frajdę, gdy jesteśmy wręcz głodni kolejnych informacji na temat osoby, która wydaje nam się być interesująca. Pamiętam słowa mojego przyjaciela "Dlaczego mi nie współczujesz?" (był niewiele po zerwaniu i po prostu sympatycznie zazdrościł mi entuzjazmu, z którym podchodzę do laptopa; uśmiechu, który świadczył o tym, że czuję się naprawdę dobrze). To było konieczne, musieliśmy w końcu dojść do tego momentu, w którym umawiamy się na spotkanie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i.. Wyszedłem na tramwaj.
Pojawiłem się 20 minut przed czasem. Cholernie zestresowany. Na domiar złego jeszcze spotkałem kumpla, który akurat musiał się przypałętać i zacząć coś do mnie peplić (gadać bez sensu). Poszedł. Okej, wdech-wydech-wdech-wydech-wydech-podwójny wdech. Nie wiem dlaczego się tak stresowałem, czyżby od dłuższego czasu mi tak na kimś nie zależało? Pojawił się. Podaliśmy sobie dłonie, skierowaliśmy się w stronę baru, który bardzo lubię. Idąc zasłaniałem twarz szalikiem, aby ukryć krępująco szczery uśmiech. Weszliśmy. Jedno piwo, drugie. Tematy się nie kończyły, czułem się świetnie. On też wyglądał na zadowolonego z przebiegu spotkania. Wyszliśmy, stwierdziliśmy że jeszcze mamy ochotę spędzić ze sobą trochę czasu. Drugi bar! Znów piwo, tematy były coraz bardziej intymne, nie sądziłem, że potrafię z kimś tak intensywnie dyskutować. To było.. zajebiste? Okej, ogar. Po wysiłku intelektualnym (no przecież starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie :D) poszliśmy na powrotny. Wsiedliśmy w ten sam, on miał wysiąść wcześniej. 2 przystanki przed wyjściem złapał mnie za rękę, wypuścił ją dopiero wychodząc posyłając mi ostatni tego wieczoru uśmiech...
Pewnie myślicie, że zaraz skończę wpis i powiem jak to mi było źle? Błąd, bajka trwała dalej!
Po powrocie jak zwykle siedzieliśmy przy komunikatorze do bardzo późnej godziny. Kolejnego dnia też, a następnego.. przyszedł odebrać mnie z uczelni. Stresowałem się, więc nie byłem zbyt wyspany. W pobliskim markecie zaopatrzyliśmy się w cydr i pojechaliśmy do mnie. Przegadaliśmy kilka godzin siedząc na łóżku. Tym razem nie tylko złapał mnie za rękę, ale i usiadł jakoś tak.. bliżej. To było miłe. Po tym zaprowadziłem go na powrotny, gdy wsiadł odprowadzaliśmy się wzrokiem.
Cały ten czas był piękny, bo równolegle walczyłem z całych sił o bardzo korzystną pracę. Byłem już po rozmowie kwalifikacyjnej. W piątek miałem mieć godziny próbne. Szedłem na nie z gigantycznym uśmiechem na ustach. Dlaczego? Po tym miałem jechać na imprezę, na której był On, na której miałem poznać Jego znajomych. Po pracy pojechałem pod wskazany adres, wyszedł po mnie wraz ze swoim przyjacielem. Kupiłem niezbędny do imprezy asortyment i.. poszliśmy.
Poznałem sporo nowych ludzi, mimo to głodny byłem poznawania tylko jednej osoby. Jego. Rozmawialiśmy, alkohol lał się strumieniami. Ludzie na sofach przed nami wymieniali się, my wciąż trwaliśmy w rozmowie. Nagle poczułem jak wszystkie mięśnie mojego ciała zablokowały się. Poczułem jakby w całej swej okazałości i destrukcyjnej sile pierdolnął we mnie piorun. Poczułem jak mrówki chodzą po moim ciele. Poczułem motylki w brzuchu. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci.. To tak jak z naszymi rozmowami, ciągle chcieliśmy więcej. Zauważyliśmy jednak, że jesteśmy na imprezie i trzeba się ogarnąć. Usiedliśmy gdzie indziej, kilka razy zrobił to ponownie, ale w końcu wyszliśmy z przyjęcia. Wracaliśmy trzymając się za ręce co pewien czas robiąc przerwę na.. no wiecie :) I ten, byliśmy blisko mojego mieszkania. Nie chciał jednak nocować, właściwie to mądrze, bo nikt nie wie co mogłoby się wydarzyć. W zamian za to spędziliśmy jeszcze cudowną godzinę na przystanku, którego widok wciąż wywołuje we mnie bardzo zły humor i poszedł w swoją stronę. Na szczęście przystanek dalej spotkał spóźniony autobus, na który czekaliśmy.
Po wyleczeniu kaca jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. My non-stop rozmawialiśmy, wbrew pozorom mieliśmy o czym! Na początku powiedział mi, że on nic ze mną nie chce. Że nie jest gotowy, że się nie mógł pohamować, że przeprasza. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Kolejnego dnia spotkaliśmy się w plenerze. Otoczenie było obrzydliwie romantyczne, księżyc i chmurki. Rozmawialiśmy niemalże jak zwykle. Tym razem nie złapał za rękę, peszył go mój wzrok. Zastanawiam się dlaczego w ogóle chciał się zobaczyć skoro jego zachowanie jasno mówiło "dystansuję się". Odprowadziłem go na powrotny i wróciłem do siebie.
Przez następne dwa tygodnie nie mogłem już wyrwać go na spotkanie "bo nauka", "bo egzamin", "bo coś już zaplanował". Okej, wiedziałem że jest po sprawie.. Umówiliśmy się w miejscu publicznym, zgodnie z planem kupił sobie koszulę i jeszcze przegadaliśmy godzinę na ławce. Było.. neutralnie? Tak się czułem. Daję słowo, że gdybym wciągnął powietrze to miast jego perfum prędzej poczułbym domestos, którym jakaś miła sprzątaczka szorowała ławkę kilka godzin wcześniej.
Nie widziałem go przez kolejne półtora miesiąca. Święta, sylwester, jemu nie śpieszył się powrót do miasta. Wiele rozmów miłych, dziwnych lub z kolei takich jak dawniej odbyliśmy w międzyczasie. Zdarzało mu się świadomie lub też nie naciskać mi na odcisk, wręcz chlubić się tym, że dał mi kosza za 10 punktów. Umówiliśmy się na kino. Nie chciał chyba spotykać się w miejscu, w którym moglibyśmy zacząć zbyt szczerze rozmawiać. Wiedziałem, że tak czuje. Mimo wszystko zdążyłem go w międzyczasie choć trochę poznać. Wiecie co? Dałem mu list. List ręcznie napisany we własnoręcznie złożonej kopercie, który też osobiście wsadziłem mu w kieszeń. Powiedziałem mu przed spotkaniem, że to zrobię. Miał lekko przerażoną minę, gdy to robiłem, ale zachował twarz. W liście opisałem jakie jest jego podejście do mnie, czego się boję, jakie z nim wiążę nadzieje. Pomijając film, rozstanie i rozmowę tego samego wieczoru.. kolejnego ranka odpisał mi na list. Przez facebooka, ale jednak. Powiedział, że czuje dokładnie to samo co ja. (Pierwsza myśl: to dlaczego się tak kurwa zachowujesz?!). Dodał, że chce mnie dalej poznawać. Co było dalej?
Kilka dni po tym zapytał mnie, czy mi przeszło...
Od tamtego czasu to on pierwszy zaczyna rozmowę, ostatnio nawet ponownie się spotkaliśmy. Najgorsze jest to, że wciąż w jego towarzystwie tak dobrze się czuję. Próbowałem w międzyczasie zainteresować się kimś innym, ale czuję, że wciąż zbyt dobrze pamiętam jego uśmiech.
Nie mam nic do dodania. Koniec postu. <-- kropka nienawiści
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz