poniedziałek, 7 września 2015

No cześć.

Znów piszę po czasie. Nietrudno wywnioskować, że powodem mojej nieobecności była nadzieja na to, że właśnie rozwija mi się piękna relacja. O kant dupy rozbić mogę taką nadzieję.

Mitka poznałem jeszcze w czerwcu. Od początku pozytywnie mnie zaskakiwał. W każdym razie po niedługim czasie doszedłem do wniosku, że chwilę po tym jak przestałem szukać księcia ten zapukał do moich drzwi.. na tinderze :o

Nasza relacja była prosta. Spotykamy się, miło spędzamy popołudnia. Na nic się nie nastawiamy.
Plany i założenia rzadko się w moim życiu spełniają i wyszło na to, że po kilku tygodniach spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas, a i jedno wobec drugiego śmiało rościło sobie prawa. Jak w związku.

Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, w którym Mitek nazwał naszą relację związkiem. Zareagowałem bardzo pozytywnie, ale ten kilka godzin później to wycofał tłumacząc się złym samopoczuciem i "dziwnie mi".
Nie daliśmy się. Udało nam się pokonać niezręczny czas, nie mieliśmy problemów z rozmawianiem o uczuciach.

Potem, jak z górki. Było coraz lepiej, aż doczekałem się komunikatu, wedle którego nigdy nie będziemy razem tudzież inne podejście do świata, mijające się cele życiowe i tryliard tego typu durnych wymówek. Szkoda gadać, cała bajka trwała jakieś 3 miechy. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. Dam sobie rękę uciąć, że będzie bolesne. Niestety pewnie tylko dla mnie..

Najgorszy jest fakt, że znam siebie na tyle, by śmiało móc powiedzieć, iż teraz każdego poznanego faceta będę do niego porównywać. Póki nie przejdzie mi "faza" na Mitka nikt nie będzie mu nawet dorastać do pięt. Ja to mam szczęście..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz