Ania - Nigdy więcej nie tańcz ze mną
Pewnego pięknego dnia... No może nie był taki piękny, ale w każdym razie było słonecznie i wróciłem z uczelni spacerkiem. Rozmawiałem sobie z człowiekiem, którego wcześniej tu wymieniłem i nagle, ot tak przypadkiem dowiedziałem się, że kogoś ma. Normalnie by mnie to nie ruszyło, lepiej - lubię tych ludzi, więc cieszyłbym się wraz z nim, ale w tym jednym przypadku mój względnie dobry humor opadł jak tupolew na smoleńską ziemię. Tego dnia, kilka godzin później wróciłem na portal.
Tak jak to zwykle bywa dostałem sto tysięcy bezsensownych, obrzydliwych bądź powtarzających się wiadomości, których autorzy muszą mieć dobrze wyrobione w klawiaturze przyciski "ctrl", "c" i "v".
Wśród nich znalazłem jedną fajną. Co mi szkodzi odpisać? Jedziem!
Okazało się, że mój rozmówca jest fantastycznym człowiekiem. Z pasją, charakterem, dużym poczuciem humoru, wyglądem zresztą też. Przeszkadzała mi jedna rzecz. On był spoza miasta (kilkadziesiąt km), a takich relacji od momentu wielkiej ucieczki utrzymywać nie chciałem. Stwierdziłem jednak, że znów się blokuję i postanowiłem zaryzykować.
Po wymienieniu zaledwie tryliarda wiadomości wyskoczył z motywem "Ja Cię bardzo chcę zobaczyć". Kombinował, zdobył auto i przyjechał.. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, bo pogawędka, która miała trwać tyle ile czasu potrzeba na spalenie szlugi przedłużyła się do bodajże 7-8 godzin. To znaczy, że znów zepsułem sobie wtedy zegar biologiczny, ale tak się składa, iż kompletnie mi to nie przeszkadzało ;)
Później standardowo rozmawialiśmy przez neta - dużo, często, długo, ambitnie. Kolejnego dnia wybierałem się z ekipą znajomych do klubu i ten znów pozytywnie mnie zaskoczył, bowiem pojawił się tam z dwójką kumpli. Chyba tak trochę dla mnie. Tym bardziej, że znajomi, których zamierzaliśmy sobie przedstawić dziwnym zbiegiem okoliczności zostawili nas. Tak więc przez kolejną noc cieszyłem się jego towarzystwem. Po imprezie odwieźli mnie pod blok i tak skończył się dzień.
Co dalej? Już standard. Będę się streszczać, bo to opisywanie wcale mi nie poprawia humoru. Zastanawiałem się kiedy mogę go odwiedzić w rodzinnym miasteczku, próbowałem z nim o tym porozmawiać. Wyszło na to, że ustalimy gdy wróci ze spotkania biznesowego firmy, w której działalność zamierzał się zaangażować. Pomyślałem "okej, no problem" i rozmawialiśmy dalej.
Po czterech dniach nie odpisywania mi odezwał się, siedział akurat w jednej z Galerii handlowych w moim mieście. Chciał żebym przyjechał, więc jak debil wyleciałem z mieszkania by go zobaczyć. Przez pierwsze 20 minut spotkania (póki miał baterię w laptopie) zaangażowany był tylko i wyłącznie w odpisywanie na fejsie i fellow). Trochę słabo, co nie? W każdym razie mówił tylko o tej firmie, możliwościach i robieniu hajsu. Zamykali galerię, więc zjechaliśmy do mnie na herbatę, a on wciąż o tym nawijał. Chyba nie doceniłem jego zaangażowania w naszą relację, bo stwierdził, że nadawałbym się NAWET na jego partnera biznesowego. Kurwa, tyle wygrać.
Spotkanie, na które umówiliśmy się następnego dnia nie doszło do skutku, a i na żadne kolejne się nie umawialiśmy. Rozmawiałem z nim później i stwierdził, że ja po prostu nie rozumiem, jestem zbyt ograniczony na to, aby zdać sobie sprawę z tego jak ważny jest dla niego ten biznes i jak duże znaczenie ma dla niego ten czas, który przecież na spotkaniu ze mną nie dałby mu nowych partnerów biznesowych. W kolejnych rozmowach twierdził, że cieszy się życiem, bo robi to na co ma ochotę.
Krzyżyk na drogę, powodzenia biznesmenie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz