Kiedy zdałem sobie z tego sprawę? Gdy poznałem Huberta (imię niewybrane przypadkowo. każdy facet, który je nosi ma u mnie +15 do zajebistości). Ten to od razu skupił na sobie mój wzrok. I wiecie co? Nawet nie chodziło tu o wygląd, bo szczerze mówiąc on totalnie nie jest w moim typie. Od Huberta biła taka ciepła aura (nie jestem dziwny!). W jego towarzystwie wstydziłem się nosić skwaszoną minę, on potrafił jednym głupkowatym spojrzeniem poprawiać mi humor. Nie musiał się starać, bo nawet wyglądał na głąba ._.
W każdym razie wiemy, że interesowałem się nim. Nawet bardzo, bo po roku znajomości mogłem pomyśleć "o kurwa, zauroczył mnie". Przed liceum Hubert zaczął "szaleć". Nie chodzi mi tu o to, że dziwnie się zachowywał lub zaczął brać psychotropy. On po prostu się nie akceptował co z kolei zmotywowało go do rozpoczęcia trwającej do teraz walki o idealną sylwetkę. Zmienił się też jego charakter, zaczął traktować ludzi przedmiotowo i zbyt luźno podchodzić do poważnych spraw choć nie przeszkadzało mi to, bo przecież wciąż był Hubertem. W liceum naszą znajomość na spokojnie można było określić mianem przyjaźni. Zajęcia w szkole, wspólna praca i mieszkanie stosunkowo blisko siebie działały na naszą (moją) korzyść. Hubert wiedział, że jestem ciepły, ale nigdy nie sprawiało mu to problemu. Wiedział też, że wśród naszych znajomych jest osoba, która bardzo wiele dla mnie znaczy. Nie wiedział jednak kto :)
Nie chcę opisywać sposobu w jaki Hubert dowiedział się, że to on jest obiektem moich fantazji, ale w każdym razie zaczął mnie unikać. Bał się, pewnie po prostu nie wiedział jak ma się zachowywać. To były dość bolesne czasy, pamiętam jak wdrążeni przyjaciele po zaprzestaniu hejtowania go zaczęli linczować mnie za robienie sobie nadziei nawet wtedy, gdy się ze mną przywitał. Po czasie oswoił się z tą wiedzą i zaczął mnie traktować normalnie, nigdy jednak nie było już tak jak wcześniej.
Historia streszczona w mniej niż 2000 znakach (tak, przeliczyłem) trwała ćwierć mojego życia. Wciąż rozmawiając z nim potrafię rozmarzyć się w jego tępym uśmiechu, ale motylki już umarły. To przeżycie uczyniło mnie silniejszym, bardziej odpornym na psychiczne kontuzje. Zabujać się w heteroseksualnym koledze - cholernie, cholernie nie polecam.
A ja po napisaniu tego tekstu też czuję się lepiej. Ilekroć opowiadam komuś historię o Hubercie zrzucam z ramion ciężar wszystkich negatywnych uczuć, którymi otulałem się myśląc o nim. Hmm, może jeszcze kiedyś coś tutaj naskrobię :)?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz