Poznałem człowieka, który był świeżo po operacji palca. Wiem to, bo dzięki temu mogliśmy rozmawiać ze sobą przez kilkanaście dni średnio po 14 godzin dziennie. Po rekonwalescencji przestał się odzywać. Nigdy nie spotkałem go w realu, trochę przykre, acz prawdziwe :x
niedziela, 22 marca 2015
Operacja palca, czy mózgu?
Szymon pojawił się po wspomnianym wcześniej Dawidzie. Z tego samego miasta. To będzie chyba najkrótszy z moich wpisów, ale odczucia przy poznawaniu go były nie inne niż u wszystkich.
Czy warto obstawiać mecz, w którym żadna strona nie wygra?
Pomijając obstawienie remisu :)
On nie zadowala żadnego z zawodników.
Dawida poznałem pod koniec klasy maturalnej. Byłem już nastawiony na studiowanie w konkretnym mieście, toteż i moja lokalizacja na portalu się zmieniła. Pamiętam, jak wyłudziłem od niego hasło w 2giej wiadomości, a że kładłem się akurat spać to napisałem "Teraz to na pewno będę mieć miłe sny". Zaczęło się bardzo spokojnie, najpierw małe wiadomości, a potem.. mini-eseje, które to uwielbiam wymieniać. Chociaż nienawidzę rozmawiać przez telefon to jemu udało się namówić mnie na taką formę kontaktu - lepiej. Gadaliśmy non-stop, a ja nie czułem znużenia. Nawet nie wiem kiedy się zaangażowałem, ale pociesza mnie fakt, że on pierwszy zaczął się mną na poważnie interesować. Pominę wszystkie rozterki, walkę o relację, ale zapewniam, że takich potyczek było wiele. Zazwyczaj on znajdował problemy, które z czasem udawało nam się rozwiązać. W końcu nadszedł fenomenalny czas - wyjechałem z mojego obrzydliwego miasteczka do miasta, w którym miałem studiować po to, aby się z nim spotkać.
Nie ma sensu się rozwijać. Przecież piszę o smutach, co nie? Niewiele przed moim powrotem następnego dnia usłyszałem, że zdaniem jego przyjaciółki jestem "jak Twój były". Cóż.. dziwnie. Potem mieliśmy czas dla siebie, ostatnia acz długa pogawędka. W jej trakcie się rozbeczał i stwierdził, że on nie może. Ale nie może co? No.. wgl mieć ze mną kontaktu, bo przytłacza go przeszłość - zwłaszcza, gdy ma ze mną kontakt. Najpierw myślałem, że to niesmaczny żart. Okazało się, że nie i w takim to oto szampańskim humorze wracałem przez kilka godzin do domu. Gdy byłem u siebie to zadzwonił i stwierdził, że się rozmyślił... Gdy rzekomo wszystko miało być okej następnego dnia się rozmyślił, kolejnego wrócił do nowej decyzji, a gdy jeszcze raz stwierdził, że się zastanawia powiedziałem "koniec".
Spotkałem go jeszcze 2-3 miesiące później. Fajny facet, życzę mu jak najlepiej, ale już nie w moim towarzystwie. Mimo wszystko zbyt wiele nerwów kosztowała mnie ta znajomość.
On nie zadowala żadnego z zawodników.
Dawida poznałem pod koniec klasy maturalnej. Byłem już nastawiony na studiowanie w konkretnym mieście, toteż i moja lokalizacja na portalu się zmieniła. Pamiętam, jak wyłudziłem od niego hasło w 2giej wiadomości, a że kładłem się akurat spać to napisałem "Teraz to na pewno będę mieć miłe sny". Zaczęło się bardzo spokojnie, najpierw małe wiadomości, a potem.. mini-eseje, które to uwielbiam wymieniać. Chociaż nienawidzę rozmawiać przez telefon to jemu udało się namówić mnie na taką formę kontaktu - lepiej. Gadaliśmy non-stop, a ja nie czułem znużenia. Nawet nie wiem kiedy się zaangażowałem, ale pociesza mnie fakt, że on pierwszy zaczął się mną na poważnie interesować. Pominę wszystkie rozterki, walkę o relację, ale zapewniam, że takich potyczek było wiele. Zazwyczaj on znajdował problemy, które z czasem udawało nam się rozwiązać. W końcu nadszedł fenomenalny czas - wyjechałem z mojego obrzydliwego miasteczka do miasta, w którym miałem studiować po to, aby się z nim spotkać.
Nie ma sensu się rozwijać. Przecież piszę o smutach, co nie? Niewiele przed moim powrotem następnego dnia usłyszałem, że zdaniem jego przyjaciółki jestem "jak Twój były". Cóż.. dziwnie. Potem mieliśmy czas dla siebie, ostatnia acz długa pogawędka. W jej trakcie się rozbeczał i stwierdził, że on nie może. Ale nie może co? No.. wgl mieć ze mną kontaktu, bo przytłacza go przeszłość - zwłaszcza, gdy ma ze mną kontakt. Najpierw myślałem, że to niesmaczny żart. Okazało się, że nie i w takim to oto szampańskim humorze wracałem przez kilka godzin do domu. Gdy byłem u siebie to zadzwonił i stwierdził, że się rozmyślił... Gdy rzekomo wszystko miało być okej następnego dnia się rozmyślił, kolejnego wrócił do nowej decyzji, a gdy jeszcze raz stwierdził, że się zastanawia powiedziałem "koniec".
Spotkałem go jeszcze 2-3 miesiące później. Fajny facet, życzę mu jak najlepiej, ale już nie w moim towarzystwie. Mimo wszystko zbyt wiele nerwów kosztowała mnie ta znajomość.
wtorek, 17 marca 2015
Dlaczego mi nie współczujesz?
Pieprzyć chronologię, której chciałem się trzymać! Teraz napiszę o nieco późniejszym odtrąceniu. Piętno tego kopniaka (chyba w twarz :X) czuję do teraz
W ubiegłym roku randomowo przeglądając profile znalazłem uśmiechniętą twarz. Napisałem do niej (do niego). Był związany, wedle moich zasad niedostępny dla mnie. Lubię ludzi zajętych, oni zwyczajnego poklepania po ramieniu lub spojrzenia w oczy nie traktują, jak flirt. Dobrze nam się rozmawiało, nie mniej jednak nagle usunął konto nie uprzedzając mnie o tym. Zdarza się, nie bolało, bo przecież i tak był niedostępny.
Do czasu... 2 miesiące później znalazłem go na równoległym portalu. Uwaga - WOLNY. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a skoro pierwsze lody przełamane napisałem. Znałem już jego imię, wiedziałem co studiuje.. Bum! Nie spodziewałem się, że tyle o nim nie wiem. W ciągu niespełna dwóch tygodni wymieniliśmy tryliard wiadomości i zdjęć. Chyba każdy zna ten czas, gdy rozmowa pisemna z kimś sprawia nam realną frajdę, gdy jesteśmy wręcz głodni kolejnych informacji na temat osoby, która wydaje nam się być interesująca. Pamiętam słowa mojego przyjaciela "Dlaczego mi nie współczujesz?" (był niewiele po zerwaniu i po prostu sympatycznie zazdrościł mi entuzjazmu, z którym podchodzę do laptopa; uśmiechu, który świadczył o tym, że czuję się naprawdę dobrze). To było konieczne, musieliśmy w końcu dojść do tego momentu, w którym umawiamy się na spotkanie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i.. Wyszedłem na tramwaj.
Pojawiłem się 20 minut przed czasem. Cholernie zestresowany. Na domiar złego jeszcze spotkałem kumpla, który akurat musiał się przypałętać i zacząć coś do mnie peplić (gadać bez sensu). Poszedł. Okej, wdech-wydech-wdech-wydech-wydech-podwójny wdech. Nie wiem dlaczego się tak stresowałem, czyżby od dłuższego czasu mi tak na kimś nie zależało? Pojawił się. Podaliśmy sobie dłonie, skierowaliśmy się w stronę baru, który bardzo lubię. Idąc zasłaniałem twarz szalikiem, aby ukryć krępująco szczery uśmiech. Weszliśmy. Jedno piwo, drugie. Tematy się nie kończyły, czułem się świetnie. On też wyglądał na zadowolonego z przebiegu spotkania. Wyszliśmy, stwierdziliśmy że jeszcze mamy ochotę spędzić ze sobą trochę czasu. Drugi bar! Znów piwo, tematy były coraz bardziej intymne, nie sądziłem, że potrafię z kimś tak intensywnie dyskutować. To było.. zajebiste? Okej, ogar. Po wysiłku intelektualnym (no przecież starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie :D) poszliśmy na powrotny. Wsiedliśmy w ten sam, on miał wysiąść wcześniej. 2 przystanki przed wyjściem złapał mnie za rękę, wypuścił ją dopiero wychodząc posyłając mi ostatni tego wieczoru uśmiech...
Pewnie myślicie, że zaraz skończę wpis i powiem jak to mi było źle? Błąd, bajka trwała dalej!
Po powrocie jak zwykle siedzieliśmy przy komunikatorze do bardzo późnej godziny. Kolejnego dnia też, a następnego.. przyszedł odebrać mnie z uczelni. Stresowałem się, więc nie byłem zbyt wyspany. W pobliskim markecie zaopatrzyliśmy się w cydr i pojechaliśmy do mnie. Przegadaliśmy kilka godzin siedząc na łóżku. Tym razem nie tylko złapał mnie za rękę, ale i usiadł jakoś tak.. bliżej. To było miłe. Po tym zaprowadziłem go na powrotny, gdy wsiadł odprowadzaliśmy się wzrokiem.
Cały ten czas był piękny, bo równolegle walczyłem z całych sił o bardzo korzystną pracę. Byłem już po rozmowie kwalifikacyjnej. W piątek miałem mieć godziny próbne. Szedłem na nie z gigantycznym uśmiechem na ustach. Dlaczego? Po tym miałem jechać na imprezę, na której był On, na której miałem poznać Jego znajomych. Po pracy pojechałem pod wskazany adres, wyszedł po mnie wraz ze swoim przyjacielem. Kupiłem niezbędny do imprezy asortyment i.. poszliśmy.
Poznałem sporo nowych ludzi, mimo to głodny byłem poznawania tylko jednej osoby. Jego. Rozmawialiśmy, alkohol lał się strumieniami. Ludzie na sofach przed nami wymieniali się, my wciąż trwaliśmy w rozmowie. Nagle poczułem jak wszystkie mięśnie mojego ciała zablokowały się. Poczułem jakby w całej swej okazałości i destrukcyjnej sile pierdolnął we mnie piorun. Poczułem jak mrówki chodzą po moim ciele. Poczułem motylki w brzuchu. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci.. To tak jak z naszymi rozmowami, ciągle chcieliśmy więcej. Zauważyliśmy jednak, że jesteśmy na imprezie i trzeba się ogarnąć. Usiedliśmy gdzie indziej, kilka razy zrobił to ponownie, ale w końcu wyszliśmy z przyjęcia. Wracaliśmy trzymając się za ręce co pewien czas robiąc przerwę na.. no wiecie :) I ten, byliśmy blisko mojego mieszkania. Nie chciał jednak nocować, właściwie to mądrze, bo nikt nie wie co mogłoby się wydarzyć. W zamian za to spędziliśmy jeszcze cudowną godzinę na przystanku, którego widok wciąż wywołuje we mnie bardzo zły humor i poszedł w swoją stronę. Na szczęście przystanek dalej spotkał spóźniony autobus, na który czekaliśmy.
Po wyleczeniu kaca jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. My non-stop rozmawialiśmy, wbrew pozorom mieliśmy o czym! Na początku powiedział mi, że on nic ze mną nie chce. Że nie jest gotowy, że się nie mógł pohamować, że przeprasza. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Kolejnego dnia spotkaliśmy się w plenerze. Otoczenie było obrzydliwie romantyczne, księżyc i chmurki. Rozmawialiśmy niemalże jak zwykle. Tym razem nie złapał za rękę, peszył go mój wzrok. Zastanawiam się dlaczego w ogóle chciał się zobaczyć skoro jego zachowanie jasno mówiło "dystansuję się". Odprowadziłem go na powrotny i wróciłem do siebie.
Przez następne dwa tygodnie nie mogłem już wyrwać go na spotkanie "bo nauka", "bo egzamin", "bo coś już zaplanował". Okej, wiedziałem że jest po sprawie.. Umówiliśmy się w miejscu publicznym, zgodnie z planem kupił sobie koszulę i jeszcze przegadaliśmy godzinę na ławce. Było.. neutralnie? Tak się czułem. Daję słowo, że gdybym wciągnął powietrze to miast jego perfum prędzej poczułbym domestos, którym jakaś miła sprzątaczka szorowała ławkę kilka godzin wcześniej.
Nie widziałem go przez kolejne półtora miesiąca. Święta, sylwester, jemu nie śpieszył się powrót do miasta. Wiele rozmów miłych, dziwnych lub z kolei takich jak dawniej odbyliśmy w międzyczasie. Zdarzało mu się świadomie lub też nie naciskać mi na odcisk, wręcz chlubić się tym, że dał mi kosza za 10 punktów. Umówiliśmy się na kino. Nie chciał chyba spotykać się w miejscu, w którym moglibyśmy zacząć zbyt szczerze rozmawiać. Wiedziałem, że tak czuje. Mimo wszystko zdążyłem go w międzyczasie choć trochę poznać. Wiecie co? Dałem mu list. List ręcznie napisany we własnoręcznie złożonej kopercie, który też osobiście wsadziłem mu w kieszeń. Powiedziałem mu przed spotkaniem, że to zrobię. Miał lekko przerażoną minę, gdy to robiłem, ale zachował twarz. W liście opisałem jakie jest jego podejście do mnie, czego się boję, jakie z nim wiążę nadzieje. Pomijając film, rozstanie i rozmowę tego samego wieczoru.. kolejnego ranka odpisał mi na list. Przez facebooka, ale jednak. Powiedział, że czuje dokładnie to samo co ja. (Pierwsza myśl: to dlaczego się tak kurwa zachowujesz?!). Dodał, że chce mnie dalej poznawać. Co było dalej?
Kilka dni po tym zapytał mnie, czy mi przeszło...
Od tamtego czasu to on pierwszy zaczyna rozmowę, ostatnio nawet ponownie się spotkaliśmy. Najgorsze jest to, że wciąż w jego towarzystwie tak dobrze się czuję. Próbowałem w międzyczasie zainteresować się kimś innym, ale czuję, że wciąż zbyt dobrze pamiętam jego uśmiech.
Nie mam nic do dodania. Koniec postu. <-- kropka nienawiści
W ubiegłym roku randomowo przeglądając profile znalazłem uśmiechniętą twarz. Napisałem do niej (do niego). Był związany, wedle moich zasad niedostępny dla mnie. Lubię ludzi zajętych, oni zwyczajnego poklepania po ramieniu lub spojrzenia w oczy nie traktują, jak flirt. Dobrze nam się rozmawiało, nie mniej jednak nagle usunął konto nie uprzedzając mnie o tym. Zdarza się, nie bolało, bo przecież i tak był niedostępny.
Do czasu... 2 miesiące później znalazłem go na równoległym portalu. Uwaga - WOLNY. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a skoro pierwsze lody przełamane napisałem. Znałem już jego imię, wiedziałem co studiuje.. Bum! Nie spodziewałem się, że tyle o nim nie wiem. W ciągu niespełna dwóch tygodni wymieniliśmy tryliard wiadomości i zdjęć. Chyba każdy zna ten czas, gdy rozmowa pisemna z kimś sprawia nam realną frajdę, gdy jesteśmy wręcz głodni kolejnych informacji na temat osoby, która wydaje nam się być interesująca. Pamiętam słowa mojego przyjaciela "Dlaczego mi nie współczujesz?" (był niewiele po zerwaniu i po prostu sympatycznie zazdrościł mi entuzjazmu, z którym podchodzę do laptopa; uśmiechu, który świadczył o tym, że czuję się naprawdę dobrze). To było konieczne, musieliśmy w końcu dojść do tego momentu, w którym umawiamy się na spotkanie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i.. Wyszedłem na tramwaj.
Pojawiłem się 20 minut przed czasem. Cholernie zestresowany. Na domiar złego jeszcze spotkałem kumpla, który akurat musiał się przypałętać i zacząć coś do mnie peplić (gadać bez sensu). Poszedł. Okej, wdech-wydech-wdech-wydech-wydech-podwójny wdech. Nie wiem dlaczego się tak stresowałem, czyżby od dłuższego czasu mi tak na kimś nie zależało? Pojawił się. Podaliśmy sobie dłonie, skierowaliśmy się w stronę baru, który bardzo lubię. Idąc zasłaniałem twarz szalikiem, aby ukryć krępująco szczery uśmiech. Weszliśmy. Jedno piwo, drugie. Tematy się nie kończyły, czułem się świetnie. On też wyglądał na zadowolonego z przebiegu spotkania. Wyszliśmy, stwierdziliśmy że jeszcze mamy ochotę spędzić ze sobą trochę czasu. Drugi bar! Znów piwo, tematy były coraz bardziej intymne, nie sądziłem, że potrafię z kimś tak intensywnie dyskutować. To było.. zajebiste? Okej, ogar. Po wysiłku intelektualnym (no przecież starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie :D) poszliśmy na powrotny. Wsiedliśmy w ten sam, on miał wysiąść wcześniej. 2 przystanki przed wyjściem złapał mnie za rękę, wypuścił ją dopiero wychodząc posyłając mi ostatni tego wieczoru uśmiech...
Pewnie myślicie, że zaraz skończę wpis i powiem jak to mi było źle? Błąd, bajka trwała dalej!
Po powrocie jak zwykle siedzieliśmy przy komunikatorze do bardzo późnej godziny. Kolejnego dnia też, a następnego.. przyszedł odebrać mnie z uczelni. Stresowałem się, więc nie byłem zbyt wyspany. W pobliskim markecie zaopatrzyliśmy się w cydr i pojechaliśmy do mnie. Przegadaliśmy kilka godzin siedząc na łóżku. Tym razem nie tylko złapał mnie za rękę, ale i usiadł jakoś tak.. bliżej. To było miłe. Po tym zaprowadziłem go na powrotny, gdy wsiadł odprowadzaliśmy się wzrokiem.
Cały ten czas był piękny, bo równolegle walczyłem z całych sił o bardzo korzystną pracę. Byłem już po rozmowie kwalifikacyjnej. W piątek miałem mieć godziny próbne. Szedłem na nie z gigantycznym uśmiechem na ustach. Dlaczego? Po tym miałem jechać na imprezę, na której był On, na której miałem poznać Jego znajomych. Po pracy pojechałem pod wskazany adres, wyszedł po mnie wraz ze swoim przyjacielem. Kupiłem niezbędny do imprezy asortyment i.. poszliśmy.
Poznałem sporo nowych ludzi, mimo to głodny byłem poznawania tylko jednej osoby. Jego. Rozmawialiśmy, alkohol lał się strumieniami. Ludzie na sofach przed nami wymieniali się, my wciąż trwaliśmy w rozmowie. Nagle poczułem jak wszystkie mięśnie mojego ciała zablokowały się. Poczułem jakby w całej swej okazałości i destrukcyjnej sile pierdolnął we mnie piorun. Poczułem jak mrówki chodzą po moim ciele. Poczułem motylki w brzuchu. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci.. To tak jak z naszymi rozmowami, ciągle chcieliśmy więcej. Zauważyliśmy jednak, że jesteśmy na imprezie i trzeba się ogarnąć. Usiedliśmy gdzie indziej, kilka razy zrobił to ponownie, ale w końcu wyszliśmy z przyjęcia. Wracaliśmy trzymając się za ręce co pewien czas robiąc przerwę na.. no wiecie :) I ten, byliśmy blisko mojego mieszkania. Nie chciał jednak nocować, właściwie to mądrze, bo nikt nie wie co mogłoby się wydarzyć. W zamian za to spędziliśmy jeszcze cudowną godzinę na przystanku, którego widok wciąż wywołuje we mnie bardzo zły humor i poszedł w swoją stronę. Na szczęście przystanek dalej spotkał spóźniony autobus, na który czekaliśmy.
Po wyleczeniu kaca jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. My non-stop rozmawialiśmy, wbrew pozorom mieliśmy o czym! Na początku powiedział mi, że on nic ze mną nie chce. Że nie jest gotowy, że się nie mógł pohamować, że przeprasza. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Kolejnego dnia spotkaliśmy się w plenerze. Otoczenie było obrzydliwie romantyczne, księżyc i chmurki. Rozmawialiśmy niemalże jak zwykle. Tym razem nie złapał za rękę, peszył go mój wzrok. Zastanawiam się dlaczego w ogóle chciał się zobaczyć skoro jego zachowanie jasno mówiło "dystansuję się". Odprowadziłem go na powrotny i wróciłem do siebie.
Przez następne dwa tygodnie nie mogłem już wyrwać go na spotkanie "bo nauka", "bo egzamin", "bo coś już zaplanował". Okej, wiedziałem że jest po sprawie.. Umówiliśmy się w miejscu publicznym, zgodnie z planem kupił sobie koszulę i jeszcze przegadaliśmy godzinę na ławce. Było.. neutralnie? Tak się czułem. Daję słowo, że gdybym wciągnął powietrze to miast jego perfum prędzej poczułbym domestos, którym jakaś miła sprzątaczka szorowała ławkę kilka godzin wcześniej.
Nie widziałem go przez kolejne półtora miesiąca. Święta, sylwester, jemu nie śpieszył się powrót do miasta. Wiele rozmów miłych, dziwnych lub z kolei takich jak dawniej odbyliśmy w międzyczasie. Zdarzało mu się świadomie lub też nie naciskać mi na odcisk, wręcz chlubić się tym, że dał mi kosza za 10 punktów. Umówiliśmy się na kino. Nie chciał chyba spotykać się w miejscu, w którym moglibyśmy zacząć zbyt szczerze rozmawiać. Wiedziałem, że tak czuje. Mimo wszystko zdążyłem go w międzyczasie choć trochę poznać. Wiecie co? Dałem mu list. List ręcznie napisany we własnoręcznie złożonej kopercie, który też osobiście wsadziłem mu w kieszeń. Powiedziałem mu przed spotkaniem, że to zrobię. Miał lekko przerażoną minę, gdy to robiłem, ale zachował twarz. W liście opisałem jakie jest jego podejście do mnie, czego się boję, jakie z nim wiążę nadzieje. Pomijając film, rozstanie i rozmowę tego samego wieczoru.. kolejnego ranka odpisał mi na list. Przez facebooka, ale jednak. Powiedział, że czuje dokładnie to samo co ja. (Pierwsza myśl: to dlaczego się tak kurwa zachowujesz?!). Dodał, że chce mnie dalej poznawać. Co było dalej?
Kilka dni po tym zapytał mnie, czy mi przeszło...
Od tamtego czasu to on pierwszy zaczyna rozmowę, ostatnio nawet ponownie się spotkaliśmy. Najgorsze jest to, że wciąż w jego towarzystwie tak dobrze się czuję. Próbowałem w międzyczasie zainteresować się kimś innym, ale czuję, że wciąż zbyt dobrze pamiętam jego uśmiech.
Nie mam nic do dodania. Koniec postu. <-- kropka nienawiści
poniedziałek, 16 marca 2015
Letni promyk słońca
Wpis nosi dość meteorologiczną nazwę, gdyż główny wątek tej historii odbył się latem. Bartek był materiałem na świetnie zapowiadającą się znajomość. Niewiele przed znanym, polskim festiwalem zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. W trakcie konwersacji wynikło, że obaj wybieramy się w to samo miejsce, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego ile nam to sprawiało uciechy. Umówiliśmy się w pierwszy dzień festiwalu i wymieniliśmy numerami telefonów. Pierwszy dzień - on naćpany, nie udało się dogadać. Drugi ja przepiłem. Później rzekomo mu się rozładował telefon. Cóż.. Zdarza się, tak? Pomyślałem, że po prostu nie było nam pisane się poznać.
Napisał. Dzień po festiwalu. W ciągu 10 minut umówiliśmy się na spotkanie kolejnego dnia, okazało się, że lokalizacja, którą miał na profilu to miasto, w którym znajduje się jego internat, a sam mieszka zaledwie 60 km ode mnie. Pełen entuzjazmu, następnego dnia wyruszyłem na spotkanie.
Lekko się spóźnił, osoba którą zobaczyłem totalnie wymijała się z moimi wyobrażeniami na temat Bartka. Jak zareagowalibyście, gdyby na spotkanie przyszedł zgarbiony, nieogolony koleś z żółto-zielonym aparatem na zęby, w hawajskich spodenkach? Wtedy się odezwał.. Myślałem, że zaraz utonę. Jego głos, był tak pociągająco-hipnotyzująco-niski jak tylko możecie sobie to wyobrazić. Gdy podawał mi rękę poczułem woń jego fenomenalnych perfum, wiedziałem że mam do czynienia z nie byle osobowością. Wypiliśmy po nieprzyzwoitej ilości browarów, a gdy wróciliśmy na autobusy, by każdy (ku naszej niechęci ;) ) mógł wrócić w swoją stronę okazało się, że odwołali mój ostatni powrotny. Zaproponował, że mnie u siebie przenocuje, że rodzice nie będą robić problemów, że możemy dalej rozmawiać. Oczywiście, że się zgodziłem. Tego wieczoru wiele się działo, rano wypiłem najpyszniejszą kawę w moim życiu, a potem odwiózł mnie do miasta, w którym się spotkaliśmy. Nie jedynie odprowadził na autobus.
Pomimo złożenia wielu wiążących obietnic nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Napisał. Dzień po festiwalu. W ciągu 10 minut umówiliśmy się na spotkanie kolejnego dnia, okazało się, że lokalizacja, którą miał na profilu to miasto, w którym znajduje się jego internat, a sam mieszka zaledwie 60 km ode mnie. Pełen entuzjazmu, następnego dnia wyruszyłem na spotkanie.
Lekko się spóźnił, osoba którą zobaczyłem totalnie wymijała się z moimi wyobrażeniami na temat Bartka. Jak zareagowalibyście, gdyby na spotkanie przyszedł zgarbiony, nieogolony koleś z żółto-zielonym aparatem na zęby, w hawajskich spodenkach? Wtedy się odezwał.. Myślałem, że zaraz utonę. Jego głos, był tak pociągająco-hipnotyzująco-niski jak tylko możecie sobie to wyobrazić. Gdy podawał mi rękę poczułem woń jego fenomenalnych perfum, wiedziałem że mam do czynienia z nie byle osobowością. Wypiliśmy po nieprzyzwoitej ilości browarów, a gdy wróciliśmy na autobusy, by każdy (ku naszej niechęci ;) ) mógł wrócić w swoją stronę okazało się, że odwołali mój ostatni powrotny. Zaproponował, że mnie u siebie przenocuje, że rodzice nie będą robić problemów, że możemy dalej rozmawiać. Oczywiście, że się zgodziłem. Tego wieczoru wiele się działo, rano wypiłem najpyszniejszą kawę w moim życiu, a potem odwiózł mnie do miasta, w którym się spotkaliśmy. Nie jedynie odprowadził na autobus.
Pomimo złożenia wielu wiążących obietnic nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
niedziela, 15 marca 2015
Dobry duch
Jeśli w młodym wieku trafiliśmy na tak zwanego dobrego ducha to mieliśmy szczęście. Kim on jest, co zrobił, dlaczego o nim piszę? Dobry duch, któremu nadamy imię.. Dariusz pojawił się w moim życiu w czasach wczesnego korzystania z portali. Dlaczego Darek jest dobrym duchem? Otworzył mi oczy, kazał się nie zatracić w tym obskurnym światku (tym bardziej, że mieszkałem w małym miasteczku). Im bardziej zrywałem kontakty, odcinałem nici łączące mnie z miasteczkowym fellow tym bardziej przywiązywałem się do niego. Chciałem być do niego podobny, bardzo podobało mi się jego podejście do życia i wielu spraw. On traktował mnie jak młodszego brata, dużo mówił. Zdecydowanie mi imponował, wie o mnie takie rzeczy, których nigdy nie ośmieliłem się wyjawić innym. Istnieje natomiast jeden podstawowy problem, przez który nasza relacja nie mogła się rozwijać. Jaki? ZNIKNĄŁ
Ponownie spotkałem go kilka miesięcy później. Nie sądziłem, że możemy się kumplować. Zaprosił mnie na przejażdżkę rowerową. Znów przegadaliśmy popołudnie. Gdy wewnątrz mnie kiełkowała nadzieja, że Darek powróci do mojego otoczenia on zniknął ponownie.
Normalnie powiedziałbym, że na tym kończy się opowieść o Darku, ale ostatnio odezwał się do mnie. Tak, przez fellow. Tak, po ponad dwóch latach kompletnego braku kontaktu. Byłem mega zaskoczony, na początku zastanawiałem się, czy to aby na pewno on, ale upewnił mnie w tym, że jest sobą. Zaskakuje mnie natomiast jedna rzecz - zmieniło się jego podejście do mojej osoby. Jak? On się "łasi". Nie wiem co o tym myśleć..
łasić się - zalecać, komplementować. zazwyczaj używam tego zwrotu, gdy takie zachowanie nie jest mi na rękę
łasić się - zalecać, komplementować. zazwyczaj używam tego zwrotu, gdy takie zachowanie nie jest mi na rękę
sobota, 14 marca 2015
Ale że ja?
"Ale że ja?" to jedna z pierwszych myśli, które biegały po wnętrzu mojej pustej głowy, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że wolę facetów. Cóż, shit happens. Byłem w związku z dziewczyną itd, ale jakoś nigdy nie miałem problemów z zaakceptowaniem samego siebie. Wiem, że na niektóre rzeczy nie mam wpływu, a z wiatrakami walczyć nie lubię.
Kiedy zdałem sobie z tego sprawę? Gdy poznałem Huberta (imię niewybrane przypadkowo. każdy facet, który je nosi ma u mnie +15 do zajebistości). Ten to od razu skupił na sobie mój wzrok. I wiecie co? Nawet nie chodziło tu o wygląd, bo szczerze mówiąc on totalnie nie jest w moim typie. Od Huberta biła taka ciepła aura (nie jestem dziwny!). W jego towarzystwie wstydziłem się nosić skwaszoną minę, on potrafił jednym głupkowatym spojrzeniem poprawiać mi humor. Nie musiał się starać, bo nawet wyglądał na głąba ._.
W każdym razie wiemy, że interesowałem się nim. Nawet bardzo, bo po roku znajomości mogłem pomyśleć "o kurwa, zauroczył mnie". Przed liceum Hubert zaczął "szaleć". Nie chodzi mi tu o to, że dziwnie się zachowywał lub zaczął brać psychotropy. On po prostu się nie akceptował co z kolei zmotywowało go do rozpoczęcia trwającej do teraz walki o idealną sylwetkę. Zmienił się też jego charakter, zaczął traktować ludzi przedmiotowo i zbyt luźno podchodzić do poważnych spraw choć nie przeszkadzało mi to, bo przecież wciąż był Hubertem. W liceum naszą znajomość na spokojnie można było określić mianem przyjaźni. Zajęcia w szkole, wspólna praca i mieszkanie stosunkowo blisko siebie działały na naszą (moją) korzyść. Hubert wiedział, że jestem ciepły, ale nigdy nie sprawiało mu to problemu. Wiedział też, że wśród naszych znajomych jest osoba, która bardzo wiele dla mnie znaczy. Nie wiedział jednak kto :)
Nie chcę opisywać sposobu w jaki Hubert dowiedział się, że to on jest obiektem moich fantazji, ale w każdym razie zaczął mnie unikać. Bał się, pewnie po prostu nie wiedział jak ma się zachowywać. To były dość bolesne czasy, pamiętam jak wdrążeni przyjaciele po zaprzestaniu hejtowania go zaczęli linczować mnie za robienie sobie nadziei nawet wtedy, gdy się ze mną przywitał. Po czasie oswoił się z tą wiedzą i zaczął mnie traktować normalnie, nigdy jednak nie było już tak jak wcześniej.
Historia streszczona w mniej niż 2000 znakach (tak, przeliczyłem) trwała ćwierć mojego życia. Wciąż rozmawiając z nim potrafię rozmarzyć się w jego tępym uśmiechu, ale motylki już umarły. To przeżycie uczyniło mnie silniejszym, bardziej odpornym na psychiczne kontuzje. Zabujać się w heteroseksualnym koledze - cholernie, cholernie nie polecam.
A ja po napisaniu tego tekstu też czuję się lepiej. Ilekroć opowiadam komuś historię o Hubercie zrzucam z ramion ciężar wszystkich negatywnych uczuć, którymi otulałem się myśląc o nim. Hmm, może jeszcze kiedyś coś tutaj naskrobię :)?
Pierwszy
Pierwszy co? Chyba wpis, który sam napisałem. Ma ktoś pomysł na to o czym mam pisać?
Zawsze lubiłem czytać blogi, w których ludzie opisują swoje przeżycia uczuciowe. Z reguły nie były to przyjemne wspomnienia. To takie polskie, gdy uciechę sprawia nam czyjeś niepowodzenie, prawda? Z góry mówię, że nie jestem patriotą. Katolikiem też się nie czuję. Kim wobec tego jestem? Studentem kierunku, na temat którego znajdziemy wiele radosnych memów. Mieszkam w większym mieście, do którego ucieczkę (bo tylko tak mogę nazwać studiowanie ponad 500km od rodzinnego domu...) planowałem od kiedy zacząłem samodzielnie myśleć. Właściwie to liczyła się sama ucieczka. Miasto nie miało znaczenia, byle daleko..
Aaa, i ten! Jestem pedałem/gejem/homoseksualistą/waginosceptykiem/tęczowy/ciepły (wybierz sobie, bo mnie określenie nie robi).
Zapewniam jednak, że orientacja nie wywarła najmniejszego wpływu na mój charakter, bo patrząc na ludzi sam bywam homofobem ._.
Raczej nie będę się przedstawiać, nie planuję też opisywać moich zainteresowań, bo byłbym chyba jedyną osobą, która to czyta. Przecież nie o to chodzi w blogowaniu, yup?
Myślę, że ja też mógłbym pisać o niespełnionych miłostkach. Jakie to oryginalne, prawda?
Niech ten blog będzie formą spowiedzi przed bogiem, którego istnienie jest dla mnie abstrakcją (przepraszam, po prostu lubię to podkreślać).
I ten, nie chcę nikogo urazić. Jeżeli coś Wam się podoba/nie podoba to po prostu o tym napiszcie w komentarzu, może to naprawimy ;)
Zawsze lubiłem czytać blogi, w których ludzie opisują swoje przeżycia uczuciowe. Z reguły nie były to przyjemne wspomnienia. To takie polskie, gdy uciechę sprawia nam czyjeś niepowodzenie, prawda? Z góry mówię, że nie jestem patriotą. Katolikiem też się nie czuję. Kim wobec tego jestem? Studentem kierunku, na temat którego znajdziemy wiele radosnych memów. Mieszkam w większym mieście, do którego ucieczkę (bo tylko tak mogę nazwać studiowanie ponad 500km od rodzinnego domu...) planowałem od kiedy zacząłem samodzielnie myśleć. Właściwie to liczyła się sama ucieczka. Miasto nie miało znaczenia, byle daleko..
Aaa, i ten! Jestem pedałem/gejem/homoseksualistą/waginosceptykiem/tęczowy/ciepły (wybierz sobie, bo mnie określenie nie robi).
Zapewniam jednak, że orientacja nie wywarła najmniejszego wpływu na mój charakter, bo patrząc na ludzi sam bywam homofobem ._.
Raczej nie będę się przedstawiać, nie planuję też opisywać moich zainteresowań, bo byłbym chyba jedyną osobą, która to czyta. Przecież nie o to chodzi w blogowaniu, yup?
Myślę, że ja też mógłbym pisać o niespełnionych miłostkach. Jakie to oryginalne, prawda?
Niech ten blog będzie formą spowiedzi przed bogiem, którego istnienie jest dla mnie abstrakcją (przepraszam, po prostu lubię to podkreślać).
I ten, nie chcę nikogo urazić. Jeżeli coś Wam się podoba/nie podoba to po prostu o tym napiszcie w komentarzu, może to naprawimy ;)
Poezja na piasku
Właśnie założyłem bloga. Nim zapomnę o tym, że go posiadam wytłumaczę Wam jego nazwę. Zerżnąłem ją z mojego ulubionego utworu Árstíðir - Ljóð í sand
Treść: Við stóra strönd horfir yfir
Treść: Við stóra strönd horfir yfir
og
hugsar of lan...
No dobra, żartowałem. Sam nie znam islandzkiego, więc wrzucam polskie tłumaczenie:
Na rozległym wybrzeżu, patrząc w przestrzeń
Myślała przez długi czas, zbyt długi.
Myślała przez długi czas, zbyt długi.
Czas
mijał, wiele rzeczy się zmieniło,
A
nikt dotąd nie widział czegoś takiego.
Następnej
nocy, w drodze do domu
Nie
zauważyliśmy
Zbierających
się nad nami ciemnych chmur.
Przypływ
się zwiększył,
A
ja pisałem na mokrym piachu
Twoje
wiersze i moje sekrety.
Tak
wiele godzin wciąż mija
Czuła
wtedy ból, zbyt wielki.
Wyciągnęła
ręce w jednym znaczącym geście
I
płakała nigdy nie otrzymawszy odpowiedzi.
Następnej
nocy, w drodze do domu
Ledwie
zauważyłem
Zbierające
się nade mną ciemne chmury.
Przypływ
się zwiększył,
A
ja pisałem na mokrym piachu
Twoje wiersze i moje sekrety.
Twoje wiersze i moje sekrety.
Aaa, zapomniałbym. Zachęcam do czytania bloga. Nawet jeżeli nie podoba Wam się szablon lub tematyka i treść moich wypowiedzi daję słowo, że nad każdym jednym słowem się zastanowiłem.
No i z góry przepraszam za błędy językowe/ortograficzne, które z pewnością zdarzy mi się popełnić.
No i z góry przepraszam za błędy językowe/ortograficzne, które z pewnością zdarzy mi się popełnić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)