poniedziałek, 14 września 2015

Zgubiłem aureolę.

Ten blog miał pełnić rolę spowiedzi. Przecież ja nie także zawsze byłem fair w stosunku do innych. Opowiem Wam o Danielu.

Milion lat temu, ale jednak już mieszkając w @*$%&#, pewnego spokojnego wieczoru zacząłem z nim rozmowę. Nie wiedziałem do końca co o nim myśleć, zresztą nie zależało mi na tym. Zaproponował spotkanie, a że akurat nie miałem planów na zasugerowany termin zgodziłem się. Spacerowaliśmy aż znaleźliśmy miejsce na browara. Zaczęliśmy rozmowę. Nie oceniałem go, chyba był sobą, a ja lubię ludzi, którzy lubią samych siebie. Chyba niewielu osobom tak jak jemu można przypisać określenie, które w opisach wielu osób pełni kluczową rolę - zwyczajny chłopak.
Nie był zwyczajny, ale jednak takie wrażenie odnosiłem od samego początku. Właściwie to dobrze się bawiłem na spotkaniu. Było pierwszym po koszu od pana, któremu wcześniej nie przypisałem imienia. Popełnił jednak błąd. Gdy zabieraliśmy się z naszej miejscówki bez ostrzeżenia ani tym bardziej powodu bądź zachęty pocałował mnie. Nie zdążyłem odwzajemnić, a ten już odskoczył lekko się uśmiechając. To był chłodny dzień, pamiętam jak jego gile dotknęły mojej twarzy. Zapytałem czy to było jednorazowe. Stwierdził, iż ma nadzieję, że nie. Okeeej..

Tydzień po tym ponownie się spotkaliśmy. A potem jeszcze kilka razy. Nigdy do niczego nie doszło, ale czuję, że chyba on chciał. Wydaje mi się, że niepotrzebnie robiłem mu nadzieję. A może liczyłem na to, że się zmieni? Przestałem widzieć przyszłość dla tej relacji w momencie, w którym siedząc na moim łóżku z uśmiechem powiedział "Jesteś szczęśliwy". Nie chodzi tu o udowadnianie czegoś. Chyba najbardziej przeszkadzała mi jego swoboda w osądzaniu otaczającego go świata. Po czasie przestałem czuć się dobrze w jego towarzystwie, poczułem płynącą od niego wrogość, zarzuty. Zerwałem kontakt.

A tak poza tym to niedawno się przeprowadziłem i teraz uczę się do ostatniej poprawki. Zegar wskazuje godzinę 3:44 i musiałem znaleźć ujście dla setek myśli, które wcale nie przybliżają mnie do zdania egzaminu. Hejo!

poniedziałek, 7 września 2015

No cześć.

Znów piszę po czasie. Nietrudno wywnioskować, że powodem mojej nieobecności była nadzieja na to, że właśnie rozwija mi się piękna relacja. O kant dupy rozbić mogę taką nadzieję.

Mitka poznałem jeszcze w czerwcu. Od początku pozytywnie mnie zaskakiwał. W każdym razie po niedługim czasie doszedłem do wniosku, że chwilę po tym jak przestałem szukać księcia ten zapukał do moich drzwi.. na tinderze :o

Nasza relacja była prosta. Spotykamy się, miło spędzamy popołudnia. Na nic się nie nastawiamy.
Plany i założenia rzadko się w moim życiu spełniają i wyszło na to, że po kilku tygodniach spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas, a i jedno wobec drugiego śmiało rościło sobie prawa. Jak w związku.

Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, w którym Mitek nazwał naszą relację związkiem. Zareagowałem bardzo pozytywnie, ale ten kilka godzin później to wycofał tłumacząc się złym samopoczuciem i "dziwnie mi".
Nie daliśmy się. Udało nam się pokonać niezręczny czas, nie mieliśmy problemów z rozmawianiem o uczuciach.

Potem, jak z górki. Było coraz lepiej, aż doczekałem się komunikatu, wedle którego nigdy nie będziemy razem tudzież inne podejście do świata, mijające się cele życiowe i tryliard tego typu durnych wymówek. Szkoda gadać, cała bajka trwała jakieś 3 miechy. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. Dam sobie rękę uciąć, że będzie bolesne. Niestety pewnie tylko dla mnie..

Najgorszy jest fakt, że znam siebie na tyle, by śmiało móc powiedzieć, iż teraz każdego poznanego faceta będę do niego porównywać. Póki nie przejdzie mi "faza" na Mitka nikt nie będzie mu nawet dorastać do pięt. Ja to mam szczęście..